feministyczno-genderowo-queerowa mozaika myślowa
Zakładki:
kontakt:
O nas
Gender studies
.ORG
Queer
Źródła
Domownicy
Stali goście


Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
środa, 30 stycznia 2013
polityka pro-rodzinna

jedynym zagrożeniem dla Prawdziwej Polskiej Rodziny jest naturalnie nienaturalny związek partnerski

nie będzie legalizacji związków partnerskich to nie będzie problemu, ot zamykamy oczy, włazimy pod stół i potwór znika, a Prawdziwa Polska Rodzina cieszy się dobrobytem, zdrowiem, trwałością i moralną nienagannością

nie wiem, jak w waszych rodzinach, ale w mojej powiększającej się rodzinie, legalnej, nie jest problemem to że ktoś inny chciałby mieć związek partnerski

mamy za to kilka innych problemów - np. jak zapłacić za przedszkole, albo w aptece, za leki dla dziecka, albo jak nie czekać z dzieckiem z podejrzeniem wady wrodzonej na diagnozę kilka miesięcy

i w zasadzie to nie za bardzo chce mi się o tym pisać, bo w sumie co?

że poziom był żenujący? że używano obelg, zamiast argumentów? że tego typu dyskusja zakończyłaby niejedną karierę polityczną, tylko nie w naszym kraju?

 

pozostaje mi cieszyć się, że zostałam zaliczona do produktywnej niejałowej części społeczeństwa, niech nam żyje przewodniczący i ku chwale ojczyzny, 105% planu

i chyba czas najwyższy zerwać znajomości ze znajomymi którzy są bezproduktywni i jałowi, bo nie mają ślubu [w ogóle, lub cywilny], bo nie mają dzieci, albo, o zgrozo! mają dzieci z in vitro

o dziękuję ci sejmie, za otworzenie oczu i przypomnienie, po co my obywatelki i obywatele jesteśmy dla ojczyzny naszej umiłowanej

czwartek, 06 września 2012
się dzieje

hmm czy to już spisek?

bo jak nie czytamy/słuchamy o wstrętnych ciężarnych które naciągają państwo na macierzyński

to dowiadujemy się o "wózkowych" [polecam mądrą odpowiedź na ten bełkot, jednej z "wózkowych"]

 

a teraz na scenie pojawiają się, a jakże, feministki

dowiadujemy się od "perfekcyjnej pani domu", że to feministki zabraniają sprzątać, to wina feministek że kobiety nie sprzątają, a jak się nawarstwi to już nie wiedzą od czego zacząć i mają syf w domu

tak, gdy podpisywałam moja legitymację wojującej feministki, to wśród 10 przykazań, za nieprzestrzeganie których grozi kara śmierci i przymusowe wcielenie do partii prawicowej, był zakaz sprzątania...

pani chyba przespała całą dyskusję zapoczątkowaną przez feministki o nieodpłatnej pracy w domu, o tym że to ciężka tyra i zasadniczo powinno się pomyśleć nad rozwiązaniem systemowym, zapewniającym kobietom [i mężczyznom] pracującym w domu i wychowującym dzieci jakąś emeryturę, tak dla przykładu

ale widocznie perfekcyjna pani domu ma inne informacje...

czwartek, 01 października 2009
Komu wolno więcej?
Od kilku dni cała Polska żyje sprawą Romana Polańskiego, zatrzymanego w Szwajcarii na mocy listu gończego wydanego przez Stany Zjednoczone. W całej dyskusji publicznej, jaka odbywa się w dużej mierze za pośrednictwem mediów, szczególnie uderzająca wydaje mi się postawa obrońców polskiego reżysera. Duża część środowiska artystycznego podpisała się pod listem, który w zamierzeniu miał być chyba wyrazem solidarności z kolegą po fachu, jednak stał się czymś więcej. Okazuje się bowiem, że pewna grupa społeczna nie czuje niesmaku i potrafi zrelatywizować pewne ogólnie przyjęte w naszej kulturze wartości, dając usprawiedliwienie dla stosunków pedofilnych. Co interesujące obrońcy Polańskiego jak ognia unikają tego słowa, a przecież w istocie taki zarzut ciąży na światowej sławy filmowcu i identycznie taki sam czyn byłby oceniony przez prawo polskie. W debacie publicznej usłyszeliśmy już, że "świat zmierza do tego, żeby było nam więcej wolno", że ta 13 latka to była "nieletnia prostytutka", że "to ona uwiodła Polańskiego a nie odwrotnie". Tyle na temat oceny samego czynu, uderza tu głównie bagatelizowanie sprawy i deprecjonowanie wykorzystanej dziewczynki i niewielkie moim zdaniem ma znaczenie fakt, że sprawa miała miejsce ponad 30 lat temu, przestępstwo jest przestępstwem bez względu na czas, który minął od jego popełnienia. Dodatkowo nikt zdaje się nie zauważać faktu, że Polański tak naprawdę nigdy nie poniósł jego konsekwencji, bo po prostu uciekł przed ogłoszeniem wyroku. W tym miejscu rozbawił mnie argument Daniela Olbrychskiego, że dla Polańskiego karą było to, że nie może być obywatelem świata i nie może się poruszać swobodnie po wszystkich krajach. Rzeczywiście jest to bardzo dotkliwa kara dla człowieka, który raczej do biednych nie należy i musiał unikać tylko tych krajów, z których groziłaby mu ekstradycja do Stanów. 
Do tego w wielu mowach obrończych pojawiają się odwołania do trudnego życia reżysera, że wiele wycierpiał, getto, emigrację, śmierć matki a potem żony. To też bardzo dziwna argumentacja, bo przecież na tej samej zasadzie można tłumaczyć każdego przestępcę, no bo przecież wiele w życiu przeszedł i to dlatego wszedł w konflikt z prawem. Ale moim zdaniem chodzi tutaj o coś zupełnie innego, coś co właściwie tylko abp. J. Życiński nazwał po imieniu. I chociaż rzadko zgadzam się z przedstawicielami Kościoła to trudno mu tutaj nie przyznać racji, że pewna grupa ludzi próbuje stworzyć wrażenie, że ich pewne normy nie obowiązują. Artyści ze względu na zajmowaną pozycję zdają się rościć sobie prawo do lepszego traktowania niż zwykli śmiertelnicy, ponieważ jak to określiła Agnieszka Holland są idolami, wielkimi sławami. Tylko warto zauważyć, że w USA takie wielkie sławy, nawet większe niż Polański są traktowane przez sądy surowo i jak zwykli obywatele, ich nazwisko i wielkie osiągnięcia twórcze nie mają tam nic do rzeczy. Wystarczy przypomnieć na przykład proces Michaela Jacksona, który spotkał się z podobnymi zarzutami. Wprawdzie oczyszczono go z nich, ale musiał poddać się procedurze sądowej, jak każdy normalny obywatel. Żeby nie szukać daleko, jego koleżanka po fachu wielka diva Whitney Houston musiała stanąć przed sądem za posiadanie przy sobie niewielkiej ilości narkotyków, a Diana Ross zaliczyła dwa dni odsiadki w więzieniu za jazdę po pijanemu. Nikomu nawet nie przyszło na myśl, żeby pisać jakiekolwiek listy z poparciem, czy też usprawiedliwiać sławnych i bogatych. Być może pod tym względem Stany Zjednoczone są bardziej przyzwoite niż Europa, gdzie już wielu artystów podpisało list w obronie Polańskiego. 
I chociaż jestem gejem o liberalnych poglądach, to cała sprawa budzi we mnie duży niesmak, a szczególnie zaciętość z jaką próbuje się usprawiedliwić obrzydliwy czyn sprzed 30 lat, tylko dlatego, że ktoś jest wielkim reżyserem i członkiem Akademii Francuskiej. W moich oczach wielu polskich artystów straciło szacunek używając ogólników czy też zamienników na nazwanie tego, co tak naprawdę ma tylko jedno miano - pedofilia. Dobrze, że jest jeszcze kilka głosów rozsądku, które jakoś przebijają się w tej całej wrzawie i mimo wszystko potrafią nazwać rzeczy po imieniu.  
21:57, christoph1983 , ogólne
Link Komentarze (7) »
czwartek, 24 września 2009
szczepionkowe

szczepienia obowiązkowe zalecane szkodliwe dobrodziejstwo nauki wywołujące autyzm zapalenie opon mózgowych chroniące przed wszystkim co wymyśliły wirusy i skutecznie drenujące kieszeń rodziców

przestałam się dziwić historii którą mi ktos opowiedział, że znajomy wziął kredyt na szczepienia - teraz wiem że to możliwe

i jak ze wszystkim około ciążowym wkurza mnie brak rzetelnych statystyk - ile dzieci choruje na ile - bo jeśli na ulotce piszą że 70% przypadków kończy się w szpitalem, to ja bym chciała wiedzieć 70% z czego - czy to jest 100 zachorowań na 1000 dzieci czy może na 100.000?bo 70 dzieciaków w szpitalu na 1000 to trochę inny kaliber niż na 100.000

druga rzecz "reklama pranie mózgu już od rana"  - ręka do góry, który z rodziców chce, by jego dziecko wylądowało w szpitalu z powodu biegunki??? nie ma chętnych? no nie możliwe! uchroń przed szpitalem...

no to przejdźmy do grania na emocjach, ręka do góry kto lubi jak jego dziecko płacze, łzy jak grochy usta w podkówkę... pamiętaj mniej ukłuć mniej łez...


no i oczywiście ceny :) państwo prorodzinne rzuci ci ochłapem 1000 zł pod warunkiem, że chodzisz do lekarza... jedna wizyta z zestawem szczepień "mniej ukłuć, mnie łez i bez szpitala" to 790 zł

zestaw szczepień w ciągu roku to 2020

to ja poproszę nie becikowe [bo becik mogę mieć używany po dziecku koleżanki] ja poproszę szczepionkowe, żebym nie musiała się zastanawiać czy stać mnie na mniej łez...

poniedziałek, 17 sierpnia 2009
po co komu równość w nauce?

Wprowadzenie parytetów na listach wyborczych jest ostatnio jednym z najgłośniejszych tematów. Równie emocjonująca dla mediów, a przede wszystkim dla środowiska naukowego, stała się propozycja, aby parytety wprowadzić również w radach naukowych. Rozgorzała dyskusja, grupa naukowczyń wystosowała nawet list, w którym stwierdziły, że parytet im ubliża. "Parytety nie gwarantują, że w szacownych gremiach zasiądą najlepiej przygotowane kobiety. Ten system bardzo szybko doprowadzi do sytuacji, w której promowane będą osoby nie tyle wybitne, ile statystycznie przydatne w procentowym reprezentowaniu określonej płci" - możemy przeczytać w liście otwartym.

Mnie, doktorce in spe, parytet nie ubliża. Mam 27 lat, doktorat w trakcie pisania, plany, marzenia, projekty naukowe. I świadomość, że w świecie nauki, w obecnym jego kształcie, dla kobiet zawsze coś jest kosztem czegoś innego. Życie prywatne i karierę naukową pogodzić można albo dzięki wsparciu partnera, albo nadludzkim wysiłkiem, albo po prostu po drodze z czegoś rezygnując.

Polska naukowczyni to jedna z największych ofiar modelu super-kobiety. Powinna wybijać się w pracy i, jeśli ma rodzinę, wypełniać domowe obowiązki. Być na bieżąco, aplikować o granty, zaliczać kolejne staże i zdążyć do przedszkola, gdzie czeka na nią dziecko. Nikt przecież nie powiedział, że w bardzo wykształconych rodzinach delegowanie obowiązków jest na porządku dziennym. Nie widzę tego, obserwując moje profesorki i starsze koleżanki. Nieczęsto mówi się, że heroizm to prawdziwy miernik naszego profesjonalizu. Naukowczynie się nie skarżą. Nie potrzebują też pomocy, bo przecież to one stawiają społeczne diagnozy. Są dzielne, zaciskają zęby i przyjmują męskie zasady gry. Nie popierają się również, bo przecież "nie płeć, tylko kwalifikacje". A statystyki są okrutne: w Polsce w 2006 roku na wyższych uczelniach mieliśmy więcej absolwentek niż abslowentów (65%). Absolwentki studiów doktoranckich stanowiły 49%, habilitantki 35%, profesorki zwyczajne 16%. Niewielki procent kobiet zajmował na uczelniach stanowiska decyzyjne. Brak statystyk na temat ich sytuacji rodzinnej. (por. Gender Budgeting as a Management Strategy for Gender Equality at Universities, Rothe, Erbe, Frohlich, Klatzer et al). Zwraca uwagę stosunkowo wysoki stopień wykształcenia kobiet oraz ich udział w życiu akademii przy równoczesnym braku jakichkolwiek działań afirmacyjnych. W tym kontekście dziwi założenie autorek listu otwartego, że kobiety wybierane do rad naukowych będą miały niższe kwalifikacje.

Sytuacja w nauce ciągle się zmienia, jednak nie zawsze na naszą korzyść. Obecnie wzrastają wymagania dotyczące konkurencyjności, efektywności i osiągnięć. Wyczytać to można z pisanego w iście menadżerskim stylu projektu reformy szkolnictwa wyższego. Jeśli za tymi zmianami nie pójdą jednak inicjatywy równościowe, kobiety, niestety, ale będą z tego wyścigu odpadać. Gdy one decydować się będą na urlop macierzyński, ich koledzy zdobędą kolejne punkty w naukowym cv. Co więcej, projekt reformy zakłada wprowadzenie kontraktowego zatrudniania nauczycielek i nauczycieli akademickich oraz obowiązkowe oceny postępów naukowo-dydaktycznych prowadzone co 2 lata oraz przed końcem umowy. Patrząc na częste lenistwo intelektualne na polskich uczelniach wydaje się to słusznym założeniem, jednak zaostrzenie kryteriów to w przypadku kobiet zaostrzenie podwójne - prywatne i zawodowe. Planowane jest również uelastycznienie zarobków poprzez tzw. projekty miękkie (granty naukowe i dydaktyczne). Co jednak z zarobkami kobiet przebywających na urlopach macierzyńskich?

No właśnie - dziecko. W życiu naukowczyni najlepszy moment na jej/jego urodzenie, to okres zaraz po obronie doktoratu, przed rozpoczęciem pracy nad habilitacją. Mija wtedy najbardziej intensywny okres pisania, sytuacja jest w miarę ustabilizowana, może nawet dostanie się etat na uczelni. W dyskusji pomija się bowiem jeden niezwykle istotny dla ich młodych naukowczyń fakt: w Polsce wprowadzono proces boloński. Znikają również konkursy asystenckie. Jedyną drogą podjęcia pracy naukowej są dzisiaj studia doktoranckie. To z nich, w założeniu, ma się rekrutować przyszła kadra. Z powodów finansowych, ale również niejasnego określenia przez ustawodawcę źródła, większość uczelni, szczególnie na kierunkach humanistycznych, nie wypłaca stypendiów doktoranckich. Dzisiejsze doktorantki to kobiety pracujące na dwóch etatach: naukowym (nieodpłatne zajęcia ze studentkami i studentami realizowane w ramach praktyk, pisanie doktoratu, rozwój naukowy) i zawodowym (pełnoetatowa praca poza uczelnią). Niektóre z nas godzą to wszystko z macierzyństwem. Faktycznie, jak mówią przeciwniczki parytetów, rozwiązanie to kwestionuje możliwości intelektualne kobiet. Dodać można, że szczególnie te rozwijane poprzez ślęczenie nad książkami po nocach.

W nauce jak na dłoni widać efekty przemocy symbolicznej wobec kobiet. Nie jest nam łatwo, niezależnie czy na kierunkach ścisłych, czy niby-sfeminizowanych kierunkach humanistycznych. Piszę "niby", gdyż po przejrzeniu statystyk okazuje się, że sfeminizowane są głównie niższe stanowiska naukowo-dydaktyczne. Może więc pora, żebyśmy zauważyły, że niezależna czysta nauka nie istnieje. Mitem jest apolityczność i obiektywizm, a rzekoma racjonalność systemu jest dyskryminująca. Doskonale przecież wiemy, że klasyfikowanie zachowań jako (nie)racjonalne to najprostszy sposób dyscyplinowania. Dlaczego więc, paradoksalnie, tak wielu mądrym kobietom tak trudno jest przemówić własnym głosem?

13:10, la_confiance_en_soi , ogólne
Link Komentarze (15) »
czwartek, 02 kwietnia 2009
przy okazji o ciąży

tak trochę mono(auto)tematycznie, ale na usprawiedliwienie - w połowie ciąży muszę leżeć, mój dzień ogranicza się do internetu, czasopism (także monotematycznych), książek i tabletek, więc czasu mam trochę na myślenie

ciąża jest stanem fajnym, a raczej fajnym procesem, ruchy dziecka są rewelacyjne (na razie jeszcze nie dostałam w wątrobę), do głowy by mi nie przyszło mówić "płód" a nie "dziecko", ale... tak czuję bo chcę, bo nie mogę się doczekać

nie wyobrażam sobie teraz leżeć w sytuacji gdybym nie chciała, od misiąca z ułaskawieniem odraczanym na codwutygodniwych wizytach kontrolnych, które tylko zaostrzają warunki, z 14 porcjami lekarstw na dobę, branych z zegarkiem w ręku, na budzik co 8 godzin, z uzależnieniem od męża, mamy, siostry w tak banalnych sprawach jak zrobienie herbaty, a co gdyby ich nie było? nawet nie próbuję sobie tego wyobrażać

widzę u siebie postępujące odmóżdżenie, zaczyna się "dziecko centrum świata", mam nadzieję, że mi nie zostanie, że nie zmutuję do mamuśki potwora, bez zainteresowań, żyjącą kupkami i poradami z gazet

ale nie o tym chciałam 

chciałam o tym co w ciąży lubię, a co jest efektem "ubocznym" ciąży, tego gdzie mieszkam i trochę staroświeckiego podejścia do życia w rodzine

otóż ja jestem zwolenniczką rodzin wielopokoleniowych, ale nie w jakimś wypaczonym stylu, gdzie całym domem trzęsie matka męża a żona jest od posługiwania, tylko takiej wspólnoty przeżyć

rodzin gdzie, może nie w jednej izbie, ale w dość niwielkiej odległości żyje kilka pokoleń, wiem że w obecnych migracyjnych czasach ciężko jest coś takiego znaleźć, w bloku się tak nie da a jeszcze żeby stosunki w tej rodzinie były takie, żeby się chciało być blisko...

i teraz gdy przychodzi do mnie moja mama i przyjdzie jeszcze moja babcia i opowiadają jak one miały w ciąży, jak rodziły, jak kupowały rzeczy dla dziecka, jak karmiły, gdy słyszę od babci, że pradziadek narzekał, że ma 7 córek i ani jednego chłopaka, a prababcia odpowiadała "coś zasiał, toś zebrał", jak babcia jeszcze w dzień porodu na kolanach pieliła buraki u teściowej, a potem ze spalonymi plecami leżała na porodówce i po wielu godzinach skurczy i bólu pleców "się wkurzyłam, napiełam się i urodziłam" to czuję tę wspólnotę kobiecych doświadczeń, to, co mi się podoba w rodzinach wielopokoleniowych: razem rodzimy, razem żyjemy i razem umieramy, taką fantastyczną jedność z przodkiniami, których imon nawet nie znam

to jest chyba najbardziej "metafizyczne" doświadczenie mojej ciąży - poczucie przynależności do klubu, do którego wstęp mają tylko kobiety

i myślę, że gdyby teraz takie rodziny były częstsze, to może odmóżdżanie ciężarnych i młodych matek nie byłoby tak powszechne, bo miałyby się do kogo odezwać, a nie tylko tiu tiu tiu, może nie szukałyby rady u tak samo bezradnych "matek po raz pierwszy" z różnych for i gazet tresujących na idealną matkę idealnych dzieci, jasne fora są fajne, to inny rodzaj wspólnoty - te same doświadczenia, porównywanie wyników, zaleceń, ale naprawdę cenię sobie te spotkania przy łóżku, na kształt wczśniejszych spotkań przy kołowrotku

wiem, że teraz problemem jest wtrącająca się teściowa, babcia która wie lepiej, bo wychowała już trójkę dzieci i pewnie idealizuję ten obraz czasów dawnych, ale po prostu szkoda mi tych rozbitych wspólnot kobiet

czwartek, 27 listopada 2008
OGŁOSZENIE

zostałyśmy / zostaliśmy poproszeni o zgodę na korzystanie z tekstów zamieszczonych na gender.blox przy pracy magisterskiej

wstępnie wyraziłam zgodę, jeśli jednak ktoś nie zgadza się, by jej / jego teksty  zostały w ten sposób wykorzystane, proszę o umieszczenie tego w komentarzu

komentarze, które będą zawierały inne treści niż zgodę lub jej brak, będą usuwane - ma to na celu zapwnić przejrzystość i ułatwić spełnienie ewentualnych próśb autorek / autorów

 

 

niedziela, 22 kwietnia 2007
Na pierwszy raz.

WItam wszystkie użytkowniczki i użytkowników, bardzo serdecznie dziękuję, za zaproszenie mnie do pisania.

Używam nicka joannah31, ale chyna lepiej brzmiało by coś w rodzaju "czarna owca 666".

 Jestem ateistką. Nie czuję się powołana do posiadania dzieci, przynajmniej nie na chwilę obecną, jestem zadowoloną z życia mężatką, która ma coś do powiedzenia na polu humanisstyki. Staram się słuchać i wyłapywać nieścisłości i głupoty. Jestem uczulona na patriarchat.

Kiepsko czuję się ostatnio w tym kraju.

Nastroju nie poprawiają mi politycy, lekarze, ani moja szwagierka, która patrzy na mnie z potępieniem w oczach, bo uważa, że prawdziwą mądrość osiąga się gdy wyprodukuje się potomka.

 

11:09, joannah31 , ogólne
Link Komentarze (11) »
środa, 21 lutego 2007
nowy kawałek mozaiki

Nazywam się "przekrojone kiwi". Dziękuję za zaproszenie do pisania na blogu. Na początek chciałabym przedstawić portrety kilku kobiet. Takie mini-reportaże, rodzaj obserwacji uczestniczącej. [ Uczestniczącej z dużym dystansem ]. Część mojej rodziny jest prawicowa, parafialna, narodowo - katolicka. W odróżnieniu ode mnie. Dla mnie to w ogóle ciężki los, ale dla Czytelników może być ciekawe...Bo w związku z tym posiadam nieraz wręcz niezwykły dostęp do kobiecych dusz.

Opublikowałam już pierwszy tekst " Sąsiadka " [ w kategorii " Obserwacje" ]. Mam w zanadrzu nowe, mrożące krew w żyłach historie. Barwne zwiastuny nadchodącej, wspaniałej rzeczywistości.

W rzeczywistości jestem studentką koło trzydziestki [ " wieczną studentką" ], warszawianką, wolnym duchem. Interesuję się literaturą i religią. Studiowałam Wiedzę o Teatrze, socjologię i pedagogikę. To tyle, tak, żeby się przedstawić.

                                                                                                                                               przekrojone_kiwi

22:14, przekrojone_kiwi , ogólne
Link Komentarze (7) »
sobota, 28 października 2006
zaproszenie do gender.blox

Jeśli chcesz dołączyć do grupy gender.bloggerów, wyślij na nasz adres swój nick z gazety.pl, a dostaniesz uprawnienia użytkownika. Nasza grupa ma już ponad 30 osób. Zapraszamy nowe wirtualne twarze, którym temat równości nie jest obojętny. Razem można więcej!


 
1 , 2