feministyczno-genderowo-queerowa mozaika myślowa
Zakładki:
kontakt:
O nas
Gender studies
.ORG
Queer
Źródła
Domownicy
Stali goście


Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
środa, 17 września 2008
nowa zadra przede mną

 

 

wyobraźcie sobie, moje drogie panie, że dziś świeża krew przypłynęła na zanzibar i przywiozła mi (na życzenie) nową "zadrę" (oraz "lampę" dunina w.). ha. jutro poczytam. i tak uczczę naszą wieś globalną, na której nawet w tropikalnej wyspie może wybuchnąć polski feminzm :)

21:42, listyzpodrozy
Link Komentarze (4) »
zbrodnia i kara

"Tuż po transakcji małżeństwo i biologiczna matka zostali zatrzymani przez policję. Doniósł na nich konkubent kobiety, który siedzi w więzieniu za niepłacenie alimentów. Ponoć to on zainicjował transakcję, ale kiedy nie dostał pieniędzy, opowiedział o wszystkim policji. Para, która chciała kupić dziecko, to jego kuzyni"

jakoś trudno mi się oburzać na całą sytuację. Kobieta nie poddała się aborcji - czyli zachowała się zgodnie z powszechnie uznanymi "wartościami" - i urodziła. Powiem więcej - nie zdała się na ślepy los, zostawiając dziecko w szpitalu, skąd niechybnie trafiłoby najpierw, nie wiedzieć na jak długo, do domu dziecka, tylko samodzielnie dokonała wyboru przyszłych rodziców. "Wstrętna handlara"...  

warsztaty: Działać każda może

Fundacja ‘Autonomia’ zaprasza lesbijki, biseksualistki i inne kobiety, nie identyfikujące się jako heteroseksualne, do udziału w cyklu zajęć, warsztatów i spotkań

pt. „Działać każda może”

 

 Do końca roku, w trakcie trzech weekendów w Krakowie:


• odbędziesz warsztat antydyskryminacyjny
• przejdziesz kurs WenDo
• dowiesz się, jakie masz prawa i jak je egzekwować
• zaznajomisz się z tematami dotyczącymi Twojego zdrowia
• spróbujesz swoich sił jako Mistrzyni Ceremonii na warsztatach rapowych
• poznasz nowe kobiety, z którymi będziesz mogła dyskutować i działać

Więcej informacji: http://www.bezuprzedzen.org/aktualnosci/art.php?art=264

16:54, pismozadra , wydarzenia
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 września 2008
duchy jemenu, dwa lata temu

 

Zanim o Zanzibarze wspomnienie o Sanie sprzed dwóch lat. Zapraszam.

Bo na tydzień przed wylotem do Tanzanii dostaliśmy informację od niemieckojęzycznego Jemeńczyka, obsługującego pasażerów Yemen Airlines, że planowana na kilka godzin przesiadka w Sanie (stolicy Jemenu) zmieni się – z przyczyn niezależnych – w przesiadkę kilkudniową. Pan przepraszał i próbował nam wynagrodzić ewentualną inconvenience, oferując zakwaterowanie, pełne wyżywienie i transfery na lotnisko – na koszt linii lotniczych oczywiście. Nie mógł wiedzieć, że dotąd ocieraliśmy łzy na myśl, że będziemy w Sanie tylko na lotnisku, wbici w fotele poczekalni, bez możliwości kichnięcia w bazarowy stosik pieprzy, kardamonów i goździków, bez zerknięcia na choćby jeden sański domeczek, bez jednego bodaj dźwięku stołecznej ulicy. Raz już przesiadałam się w egzotycznie brzmiącym miejscu (o nazwie Hongkong), spędziwszy kilka mało szałowych godzin przy herbacie z lotniskowej knajpy – szał miasta kończył się bowiem za szklanymi ścianami terminalu. I za nic nie chciał ich przekroczyć.

Wylądowaliśmy wieczorem. Dookoła lotniska ostre i gołe grzbiety gór. Lekki wiatr. Bastion islamu. W sali odpraw wielu wąsatych mężczyzn z przyczepionymi do pasów nożami o zadartych ostrzach, wskazywało nowoprzybyłym okienko wizowe, okienko tranzytowe, paszportowe lub drogę do wyjścia. Kupiliśmy więc wizy, znaleźliśmy człowieka z Yemen Airlines i chcieliśmy się udać na poszukiwania podstawionych autokarów. Ale zamiast tego wdaliśmy się tylko w konfuzję – pan z linii zabrał nam (i reszcie pasażerów) paszporty i zbyt łamaną angielszczyzną tłumaczył, że musi je zatrzymać, a dostaniemy je z powrotem przy wylocie z Sany. Taki obrót sprawy wzbudził w nas zbyteczny – jak się potem okazało – niepokój, ale wiadomo, że dowód tożsamości jest dla człowieka Zachodu dowodem istnienia. W końcu jednak machnęliśmy ręką, wsiedliśmy do autokaru i pomknęliśmy przez uśpione już miasto. Co było dalej? Niekończący się festiwal dobrodziejstwa. Egzotyki dającej się udomowić jednym szerokim uśmiechem. Pyszne i obfite jedzenie w hotelu. Troska przechodniów o nas i naszego synka. Sana to podobno najstarsze miasto świata (biblijne miasto Azal). Otoczona murami rozległa starówka sprawia wrażenie niezniszczalnej, zatrzymanej w czasie. Setki setek tysiącletnich (i starszych!) domów wyglądają jakby były wyjęte z najcudowniejszych scenografii do baśni tysiąca i jednej nocy. Architektura Sany jest niepowtarzalna. Wąskie, wysokie domy otynkowane jasnym gipsem. Piękne. Kolorowe szybki w oknach. Każde z 5 czy 6 pięter spełnia określone funkcje w gospodarstwie domowym, np. pierwsze piętro przeznaczone jest na spiżarnię i kuchnię, drugie służy m.in. do przyjmowania gości, na trzecim się śpi, a na dachach – pije herbatę, odpoczywa i żuje kat, magiczne zioło Jemeńczyków i Abisyńczyków.

Mężczyźni otwarci, ciepli, uczynni, gościnni. Pewnie tę gościnność cenili w Polakach  obywatele Zachodu, którzy odwiedzali nasz egzotyczny demolud. Spoglądali na studnie - żurawie, cebrzyki, drewniane chaty, pasiaste, kolorowe spódnice wiejskich kobiet, jeździli pekaesem, byli częstowani maślanką, chlebem i wódką, zapraszani do izdeb i zachwycali się - słusznie przecież - prostotą i skromnością naszego życia. Czułam się w Sanie bezpieczna i szczęśliwa. Mimo straszliwych doniesień z serwisu internetowego Gazety, że w jemeńskich górach różne klany i plemiona porywają turystów dla okupu. I że w sercu Sany na bazarze w kwietniu wybuchł granat. Mimo tego, że Sanę uważa się za intelektualną wylęgarnię al kaidowych bojowników.

Oczywiście, byłam bardzo ciekawa jemeńskich kobiet. Ortodoksyjny islam każe im się zakrywać od stóp do głów czarnymi, powłóczystymi szatami. Widać im tylko oczy. Synek mówił na nie: duchy. Jaką tajemnicę skrywają? Pilnie strzeżonych klejnotów? Skrępowanych męską jurysdykcją więźniarek? Ceniących tradycję muzułmańskich gospodyń? Emancypujących się powoli studentek? Nie wiem. I nie znam nikogo, kto by wiedział. W Polsce obracam się w feministycznym, wolnościowym środowisku. Popularny jest pogląd, że należałoby pomagać islamskim siostrom (tak, jak wszystkim ciemiężonym). Jasne. Tylko, że trudno o mądrą, nieinwazyjną pomoc, bez włażenia z buciorami w cudzą (inną!) kulturę. Każde pokolenie kobiet (i mężczyzn), niezależnie od miejsca urodzenia, wyznawanej religii i panującego ustroju politycznego, musi samodzielnie budować barykadę, z której przychodzące córki, wnuczki i prawnuczki cisną pierwsze kamienie. A w dobie globalnej wsi złączonej satelitarno - cybernetyczną siecią historia nabiera rozpędu (pytanie, w którą stronę się rozpędzi).

 

Ważną i wielką rzeczą w Sanie była dla mnie wizyta w hammamie, czyli w łaźni. Dla kobiet oczywiście. Do tej jednej z wielu sańskich łaźni trafiłam przypadkiem. Zdecydowałam się bez namysłu (bez ręcznika i ubrań na zmianę). Pamiętam, jak o arabskich łaźniach pisała Olga Stanisławska w „Wysokich Obcasach” parę lat temu. Marzyłam, żeby kiedyś własnymi nozdrzami poczuć wilgoć starych murów hammamu – szczególnie w kraju muzułmańskim. Tylko w łaźni mogłam zobaczyć długie, czarne, kręcone włosy i półnagie ciała kobiet, których świat jest pilnie strzeżony przed wścibskimi oczyma obcych. Tylko w łaźni mogłam zobaczyć, jak wygląda ich śmiech otwierający piękne twarze, ich bogatą mimikę, żywiołową gestykulację. Jemenki z hammamu w Sanie były w różnym wieku – od najstarszej, kierującej akcją zmywania ze mnie brudu do najmłodszej, kilkuletniej dziewczynki przyglądającej się naszej bezsłownej wymianie. Wszystkie niezwykle piękne. Radosne, mocne, twarde. Ognie w oczach. Być może arabskie żony i panny zakrywają się, żeby nie doprowadzać mężczyzn do bezdechu na ulicy… Nie miały najmniejszego problemu z intymnością. Myły mnie i szorowały spraną szmatką. Polewały raz ciepłą wodą, raz letnią, raz gorącą. Pokazywałyśmy sobie piersi (małe, duże, wiszące, sterczące) i pokazywałyśmy na palcach, ile dzieci wykarmiłyśmy i ile mamy lat.  Trochę mi się pozmieniało w głowie. I bardzo dużo zrozumiałam, miedzy innymi to, jak bezpiecznie jest pod osłoną szczelnej sukienki… Zrozumiałam też, dlaczego tak trudno jest nam wytrzymać w domach – więzieniach z małymi dziećmi. Poszatkowane klitki w blokach i kamienicach zatrzymują nasze tajemnice. Nie mamy przestrzeni, w której – jak w hammamie, jak w namiocie nomadek – mogłybyśmy cieszyć się mądrością starszych kobiet i siostrzaną wspólnotą (dramatycznie samotność kobiet w domach ukazała w swoich filmach polska artystka Anna Baumgart). Na szczęście niektóre z nas mają przyjaciółki, dzięki którym mogą przenosić góry. Jakby na potwierdzenie moich odczuć, znalazły się słowa Angeliki Aliti (z kultowej książki pt. Dzika kobieta. Powrót do źródeł kobiecej energii i władzy. Gdynia 1996, s. 70):

„Nasze orientalne siostry  idą – jak już wspomniałam - inną drogą. (…) W przeciwieństwie do nas nie są poddawane duchowej kastracji, lecz zostają zawoalowane i zamknięte. Pozostają w grupie kobiet i prowadzą – przynajmniej w sferze pozbawionej mężczyzn – harmonijne życie.  Harem pierwotnie oznaczał bynajmniej nie miejsce, w którym zamknięta były kobiety, lecz z którego wykluczono mężczyzn. To ogromna różnica. Jeśli ktoś był kiedykolwiek w Turcji w łaźni kobiecej lub u nomadów czy Beduinow w namiocie kobiet, ten ma wyobrażenie, co zabrano nam, kobietom zachodnim. W książce Harem za kwefem Vittoria Alliata przedstawia następującą scenę. (…) Opowiada, jak to kobiety siedziały w kole i podawały sobie z ręki do ręki parującą glinianą czarkę, w której znajdowały się pachnące zioła. Okadzały swe suknie i chusty owymi wonnościami; jedna z nich grała na lutni, wszystkie rozmawiały ze sobą, opowiadały różne historie, a były to przedstawicielki jednej rodziny – matka, córki, ciotki, kuzynki (…). Panowała tam atmosfera odprężenia, swobody i animalistycznego zadowolenia, jaką można przeżyć tylko wtedy, gdy spadną wszelkie wschodnie zasłony i wszelkie zachodnie maski i kobiety znajdą się pośród siebie.”   

14:55, listyzpodrozy , świat
Link Komentarze (17) »
czwartek, 11 września 2008
dziewczyny, czas na akcję-reakcję!

połączmy nasze mocne, kochane tygrysice! 

jest fajny pomysł. oto on:

http://www.feminoteka.pl/news.php?readmore=3616

dziewczyny, reagujmy! reagujmy na absurd, na ponżenie, na taką masakrę, jaką się nam wmusza. to dotyczy nas wszystkich. teraz. akcja jest trochę szalona, ale to po prostu świeży, siostrzany, mocny odruch niezgody. jest też medialna a wlaśnie media są jedną w głównych sił kreujących opinie ludzi w tym kraiku. pokażmy im, że kobiety w polsce w ogóle są - ISTNIEJĄ. i nie zgadzają się na takie bzdury niesamowite! nie zgadzają się! nie nie nie!!! niech wreszcie wszyscy odwalą się od naszych ciał! NASZE CIAŁA-NASZE ŻYCIE! poszalejmy trochę. czas głośno powiedzieć co nam sie nie podoba. jeśli nie teraz jest nasz czas to kiedy on będzie? walczmy o godną przestrzeń dla naszego życia, bo ten polski patriarchat nie doszedł i długo jeszcze nie dojdzie do tego, że się nam ona należy. tu i teraz. weżmy sobie to, co nasze. odbijmy im nasze macice!

ześwirowana POZYTYWNIE amb_b.

Ciąże kobiet będą rejestrowane

http://wiadomosci.onet.pl/1823380,11,item.html

Po raz kolejny kobiety są traktowane niczym przedmioty. Tym razem, gdy zajdą w ciążę, planuje się wpisanie ich do krajowego rejestru. Przypomina mi to rejestrowanie psów w ratuszu. Właściciel czworonoga musi z tytułu posiadania przyjaciela odprowadzać podatek, tak dzieje się przynajmniej w wielu polskich miastach. Tym razem rejestrować będzie się każdą kobietę, która zajdzie w ciążę, żeby kontrolować jej poczynania i żeby przypadkiem nie usunęła ciąży, a jak usunie, to sprawą zainteresują się odpowiednie służby.

W demokratycznym kraju, który szanuje wolność obywateli, zbieranie tak prywatnych danych, tak dalekie ingerowanie w intymność jest niedopuszczalne. Poza tym nasuwa się pytanie, co stanie się z kobietą, która straci dziecko? Czy będzie musiała dowodzić, że nie dokonała aborcji? Państwo nie ma prawa zbierać tak dalece prywatnych danych o swych obywatelkach. Jeśli kobieta poroni, to jej osobista tragedia zostanie odnotowana w rejestrze. A co jeśli kobieta wyjedzie za granicę i tam legalnie dokona aborcji? Też będzie się musiała tłumaczyć odpowiednim organom?

Tak naprawdę mamy tu do czynienia z kolejnym chybionym pomysłem. Podziemie aborcyjne będzie istnieć nadal. Jeśli kobieta będzie rozważała aborcję, to i tak uda się do prywatnego lekarza, który przymknie oko na rejestr, który "dyskretnie przywróci miesiączkę". Szkoda, że z taką wnikliwością, z jaką chce się rejestrować ciąże Polek, ich badania kontrolne, nie sprawdza się, co robi pedofil po opuszczeniu więziennych krat...

15:38, saszenka2
Link Komentarze (11) »
wtorek, 09 września 2008
cudze piekło

Wiosną cały świat był wstrząśnięty sprawą "potwora z Amstetten" i tragedią jego córki oraz ich wspólnych dzieci. Media na całym świecie, także w Polsce, najpierw epatowały swoich odbiorców szczegółami całej historii, a później zabrały się za domorosłe wywody, zrzucając winę Fritzla na charakter narodowy Austriaków, brak rozliczenia z nazizmem, indywidualizm zachodniego społeczeństwa. Latem "Polityka" opisała podobną sprawę z rodzimego podwórka. W jednej z pomorskich bodajże wsi mężczyzna żył prawie otwarcie ze swoją córką, miał z nią dzieci, i nawet skazany już za kazirodztwo spłodził kolejne. W tamtym artykule najbardziej raził opis nieudolności policji, sądu i prokuratury. Przykro to stwierdzić, ale szczegółów nie pamiętam. Pewnie także dlatego, że tamta sprawa nie została "rozdmuchana", wyciągnięta, nie stała się przedmiotem wielkiej narodowej debaty. Łatwiej było drążyć charakter narodowy Austriaków. Teraz pojawiła się kolejna rysa na naszym własnym narodowym charakterze. Na Podlasiu aresztowano człowieka, który sześć lat gwałcił własną córkę, pozbawiał jej wolności i zastraszał. Dwoje ich dzieci nakazał jej zostawić w szpitalu. Przez sześć lat dziewczyna nie dostała od nikogo pomocy. Miała matkę, narzeczonego, sąsiadów i pewnie jakiś jeszcze znajomych - żadna z tych osób nie zainteresowała się jej gehenną. Nawet tą widoczną na zewnątrz - przetrzymywaniem w zamknięciu, nie posyłaniem do szkoły, dwiema ciążami, maltretowaniem psychicznym. Ginekolog, lekarze w szpitalu, w którym rodziła, urzędnicy, którzy powinni się zainteresować, dlaczego nie realizuje obowiązku szkolnego, urzędnicy z ośrodka adopcyjnego, kompletnie nikt się tym nie przejął.

Chciałabym spuentować, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Czuję się bezradna. Błędy i zwyrodnienia są w tak wielu punktach - i u nas i w Austrii i w każdym innym kraju - że nie mam siły tego wyliczać. Chciałabym tylko, żeby nastepnym razem, gdy ktoś nabierze choćby najlżejszych podejrzeń, że coś w jakiejś rodzinie dzieje się niedobrego, nie przejdzie obok tego obojętnie. To nie jest tak, że to "nie nasza sprawa", to jest właśnie jak najbardziej nasza wspólna sprawa.

poniedziałek, 08 września 2008
powitanie

 

dobry wieczór, dołączyłam do świetnego grona z olbrzymią radością. tydzień temu wyprowadziłam się z na zanzibar i postaram się pisać o kobietach tu, na wyspie. a więc z szeroko otwartymi oczami wyruszam na obserwacje. madrugada.

21:30, listyzpodrozy
Link Komentarze (2) »
kościół nie daje sobie rady z kobietami.

za dużo by chciały. a tymczasem mogą być tylko szeregowymi.

w tym państwie bycie w jakikolwiek sposób osobą jawnie nie-katolicką jest czymś trudnym. nie niemożliwym, lecz trudnym. wiem to, gdyż będąc apostatką w małym mieście i w rodzinie katolickiej doznaję ciągle i przypuszczam, że będę doznawała jeszcze bardzo długo, wszelkiego rodzaju szykan, oburzenia, współczucia (też nie wiem z jakiej racji), prób nawracania, pytań o to "ale co teraz będzie z twoja sfera duchową?", dosłownie prawie egzorcyzmów. proboszcz parafii z tego miasta jest osobą chwiejną emocjonalnie i psychicznie (jest to opinia nie tylko moja, równiez wielu parafian i ministrantów) lecz dobrze ustawioną, więc nieusuwalną. gdy składałam akt, wrzeszczał na mnie (nie przesadzam), wyzywał od "skrzywionych reprezentantów płytkiej internetowej pseudointeligencji" (ponieważ wzór aktu miałam ze strony http://www.apostazja.pl/), wątpił w moją zdolność do samodzielnego podejmowania decyzji uzasadniając to następująco: "masz tylko 23 lata i to jeszcze jesteś dziewczyną!!" (nie zrozmiałam tego typu argumentacji), straszył, że pójdę do piekła ze znamieniem jezusa, a na moją sugestię, że nie wierzę z żadne piekło i jestem spokojna o to, że po śmierci skonsumują mnie robaki, odpowiedział, że ja "nic nie wiem i nieważne co mi sie wydaje, on mnie zapewnia, że będę cierpiała". mogłabym dlugo jeszcze wymieniać wszyskie patologie, jakich doświadczałam skłądając ów akt, lecz nie ma to sensu. ten krótki szkic był mi potrzebny po to, aby powiedzieć, że za każdym razem, gdy szłam do tej parafii (ksiądz robił mi problemy z odstąpieniem z kościoła) szłam tam coraz bardziej pewna swej decyzji, ugruntowana w niej (choć składając akt nie miałam żadnych wątpliwości) i szcześliwa (sic!), że juz niedługo nie będzie mnie łączyło nic z tą instytucją.

obecnie jestem spokojną, wyciszoną duchowo i szczęśliwą apostatką a także feministką pełną piersią (gdyż w MOIM przekonaniu niemożliwe jest bycie zarówno katoliczką w rozumieniu kościoła i w tym kształcie, jaki on narzuca oraz feministką). jest niewiele osób, z którymi mogę czuć się swobodnie rozmawiając o swojej apostazji (choć ostatnio wielu katolików niepraktykujących od lat przeknała a swej argumentacji książka "bóg urojony"), lecz mimo to jestem dumna z tego, że jestem wolną istotą i że osoby w stylu mojego proboszcza nie mają już nade mną żadnej władzy.

zaznaczę od razu, uprzedzając komentarze w stylu "miałaś doświadczenia z nieodpowiednimi ludźmi, to dlatego zbłądziłaś", że nie jest to prawdą. w czasie kiedy byłam zafascynowana Kościołem, jeździłam na lednicę (fajne doznanie, choć tylko za pierwszym razem w moim przypadku), a również do ośrodków rekolekcyjnych, gdzie spotykałam wspaniałych ludzi wierzących, oraz wspaniałych kapłanów. fakt, że wystąpiłam wynika z tego, iż uważam moralność katolicką za głęboko niemoralną, odczuwam obrzydzenie dotyczące losów historycznych kościoła, uważam tę instytucję za państwo w państwie, główny hamulec wszelkich zmian dotyczących wolności człowieka (róznież niewierzacego-to wynika z państwa w państwie) a także za groźną sektę poważnie mieszającą w głowach (kilka matek nie chciało aby ich dzieci uczęszczały do klasy, którą prowadzi matka "tej zwyrodnicy"), oraz ponieważ nigdy nie było we mnie przyzwolenia na to w jaki sposób w kościele traktowane są kobiety, a odnośnie tego własnie załączam link:

http://wyborcza.pl/1,88975,5664465,Kobieta_przy_oltarzu.html?as=1&ias=2&startsz=x

osobom o innym światpoglądzie niż katolicki należy się szacunek. podążanie drogą inną niż ta, którą podąża (chociaż w deklaracjach) większość jest czymś niezwykle wartościowym i pięknym. nie ma sensu temu zaprzeczać i nie mówić o tym tyko ze strachu przed zaszczuciem, ponieważ właśnie mówiąc o tym domagamy się szacunku.

dziewczyny, pomyślcie o tym, kim jesteście dla Kościoła i w Kościele.

niedziela, 07 września 2008
PRLowski świat kobiet z focusa

Na stronach Focusa znalazłam:

Artur Górski, Kobiety sobie radzą

"Polska Ludowa przewidziała dla kobiety rolę nadzwyczajną. Miała być damą, robotnicą, wojownikiem, a przy okazji mężczyzną. Socjalizm kochał kobiety. Z wzajemnością." etc.

 

 
1 , 2