feministyczno-genderowo-queerowa mozaika myślowa
Zakładki:
kontakt:
O nas
Gender studies
.ORG
Queer
Źródła
Domownicy
Stali goście


Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
poniedziałek, 20 lipca 2009
o przemocy seksualnej, odszkodowaniach i azylu

Z niedawnej prasówki dwa teksty ułożyły mi się obok siebie:

Wyborcza: Fakt zapłaci 250 tys. za zdjęcie ofiary gwałtu i the New York Times: U.S. Opens Path to Asylum for Victims of Sexual Abuse.

Pierwszy tekst - o skandalu. To, co zrobił Fakt, to gwałt medialny na nieletniej. Bez cudzysłowiu. Trudno nawet sobie wyobrazić, co miał w głowie autor/autorzy tekstu i redaktorzy. Czy pieniądze tu załatwią sprawę? Nie powinno się skończyć tylko na odszkodowaniu. Moim zdaniem autor pomysłu zamieszczenia zdjęcia powinien zostać poddany obserwacji psychiatrycznej a jego prawa wykonywania zawodu zawieszone do czasu wyjaśnienia jego stosunku do etyki zawodowej. A redaktor, który dopuścił to do druku, powinien zostać pozbawiony praw wykonywania zawodu i powinien zostać skazany bez zawieszenia. Zostały tu złamane prawa człowieka - prawo ofiaru gwałtu do ochrony prywatności, wykorzystanie wizerunku ofiary w celach komercyjnych, a także symboliczny powtórny gwałt medialny.

I nie jest to bynajmniej atak na wolność prasy. Wolność prasy jest jedną z zasad ustroju demokratycznego. Wolność prasy służy do swobodnego wyrażania opinii. Demokracja, jako system praworządny, nie daje jednak przyzwolenia na to, by w imię wolności wypowiedzi media opresjonowały i stygmatyzowały ofiary przestępstw i przemocy seksualnej i domowej. Jeśli media zachowują się w ten sposób, same stają się agresorem i powinny zostać pociągnięte do odpowiedzialności prawnej - co się stało. Jednak w takiej sytuacji odszkodowanie finansowe nie powinno załatwiać sprawy. Media, to autorzy i decydenci. W takim przypadku warto byłby rozważyć, czy stosować zasadę zbiorowej (firmowej) odpowiedzialności za medialny gwałt, czy też indywidualnej, pociągając do odpowiedzialności konkretnych ludzi, którzy tworzą opresyjny dyskurs medialny.

Drugi tekst - o propozycji przyznawania azylu w USA ofiarom przemocy seksualnej i domowej. Co ciekawe, ubiegająca/cy się o status musi wykazać, że jest traktowana jako istota podrzędna przez agresora, a także musi wykazać, że tego typu przemoc jest szeroko tolerowana w jej/jego kraju. Czyli chodzi tu o możliwość ubiegania się o azyl na gruncie łamania praw człowieka. Czyli o to, że praktyki i instytucje społeczno-kulturowe potwierdzające nierówność relacji płci mogą stać się potencjalnymi przestępstwami przeciwko prawom człowieka. Takie propozycje mogą stworzyć ciekawe pole do dyskusji nad prawną determacją tego, co jest i może być tolerowane a co nie, w kontekście przemocy seksualnej, kulturowo akceptowalnej nierówności płci i praw człowieka.

Jak się cała sprawa zakończy – czas pokaże. Gdyby takie regulacje weszły w życie, to w grę wchodziłyby nie tylko kobiety-ofiary, ale i ofiary przemocy homoseksualnej, a także dzieci-ofiary pedofilii. I mężczyźni – ofiary swoich żon – teoretycznie także, choć udowodnić, że przemoc seksualna lub domowa kobiety wobec mężczyzny jest uważana w jakimś społeczeństwie za normę kulturową byłoby chyba dosyć trudno...

Gdy myślimy o krajach, z których mogą pochodzić potencjalne azylantki/ci, niemal odruchowo nasuwa się myśl o krajach tzw. Trzeciego Świata: Indie, Chiny, kraje muzułmańskie, afrykańskie, latynoskie. W tym kontekście przypominają mi się opowieści morderstwach żon za posag (bride burning), o których słyszałam od moich przyjaciół z Indii. W jednej opowieści, po nieudanej próbie morderstwa poparzona kuzynka mojej przyjaciółki została zastraszona w szpitalu przez męża i teściową, że jeśli pójdzie z tym na policję to z pewnością ją zabiją. Spalili ją w kuchni bez denuncjacji na policję, w kilka miesięcy po jej wyjściu ze szpitala.

Ale sprawa bynajmniej nie jest oczywista - "kraj" to nie "państwo". Określenie kraju może przekładać się na praktyki regionalne, na praktyki w konkretnych społecznościach. A jeśli tak, to wiele krajów ze światów z wyższą numeracją może stanąć na cenzurowanym. I z pewnością autorzy tych propozycji prawnych z ekipy Obamy zdają sobie z tego sprawę. Stosunkowo niedawny skandal z farmą mormonów w Teksasie jest przykładem tego, że konflikt pomiędzy praktykami religijno-społecznymi, a prawami człowieka może być szalenie skomplikowany - i zdarzać się u sąsiadów za płotem. Jak pogodzić taki projekt z tolerancją multikulturalizmu? Przez wyznaczenie linii takiej tolerancji, do której służy koncepcja praw człowieka i wpisana w nią zasada równości płci.

Tak czy inaczej, ta regulacja może mieć interesujące skutki w kontekście przemocy domowej i seksualnej w samych Stanach i innych państwach. W tej chwili średnia kara za gwałt w USA to 12 lat, w południowych stanach nawet kara śmierci (w dużej mierze jest to scheda po południowym rasizmie). W Polsce karą za gwałt jest od 2 do 12 lat. Wniosek o tym, że w Polsce gwałt jest uważany za przestępstwo o mniejszej szkodliwości społecznej jakoś nasuwa się sam. Ale może błędnie. Może lepiej wytłumaczyć, że więzienia są przepełnione, a gwałty często prowokowane? Może.

piątek, 10 lipca 2009
o parytecie i nieprzewidywalnym narodzie

I ciąg dalszy dyskusji o parytecie:

KOBIETKI, UWIERZCIE W SIEBIE! I postarajcie się, by mężczyźni też w was uwierzyli - a równouprawnienie samo przyjdzie i parytet będzie niepotrzebny!

Bo rzecznik d/s równouprawnienia już teraz nie jest potrzebny...

Choć społeczeństwo chciałoby parytetu, jak wynika z sondaży, to elity (czytaj: rząd i część konserwatywnych uczonych, które z pewnością całą swoją karierę zawdzięczają wyłącznie samym sobie i wsparciu życzliwych im kolegów) uważają, że społeczeństwo NIE MA RACJI.

Włos się na głowie jeży na argumenta Pani Rzecznik...

Mówi ona: W Szwecji czy Finlandii, gdzie jest 47 i 42 proc. kobiet w parlamencie, nie ma ustawowych parytetów.

A może by trochę historii? Zarówno Finlandia jak i Szwecja mają najdłuższe bodaj w Europie i na świecie tradycje uczestnictwa kobiet w działalności obywatelskiej. Polska się z tym w żaden sposób równać nie może. I porównanie takie w charakterze argumentacji jest albo głupie, albo manipulacyjne.

Czego zabrakło w użyciu statystyk przez p. Rzecznik, to dziwny zbieg okoliczności, że państwa, które wprowadziły parytet: Francja, Hiszpania, Słowenia, Belgia i Portugalia - jakimś dziwnym trafem są wszystkie KATOLICKIE - podobnie jak Polska. Czy ten element specyfiki kulturowej jakoś umknął p. Rzecznik?


I nie trzeba być straszliwie obeznanym z historią kobiet, choć Rzeczniczce d/s Równouprawnienia chyba by wypadało, żeby wiedzieć, że to w krajach protestanckich (wliczając w to Skandynawię, W. Brytanię, Stany Zjednoczone, Australię i Nową Zelandię) wprowadzono zadekretowane rownouprawnienie znacznie wcześniej, niż w innych krajach. I stało się to właśnie dlatego, że protestantyzm inaczej niż katolicyzm wyobrażał sobie rolę kobiet w społeczeństwie. Nie ograniczał jej li tylko do powinności rozrodzczych i prowadzenia domu; przyznawał kobiecie nie tylko prawo do rozwoju intelektualnego (bynajmniej nie ograniczając jej dla elit), ale też dawał im sporą autonomie w samodzielnym rozwijaniu działalności charytatywnej, czyli współodpowiedzialności obywatelkiej, która to stała się podstawą ich aktywności społecznej i politycznej. Ale dość o historii. Czego Pani Rzeczniczka nie widzi, to albo widzieć nie może (edukacja???), albo widzieć nie chce.

Radziszewska mówi: Kobiety są mniej aktywne niż mężczyźni. Jest ich mniej na listach, bo jest ich mniej w partiach.

Tylko tyle? A dlaczego jest ich mniej w partiach? Gdzie czynniki kulturowe generujące pasywność polityczną kobiet? Skoro lekarstwem do równouprawnienia ma być edukacja, to wypadałoby coś więcej na ten temat powiedzieć opiniotwórczej gazecie - i jej czytelnikom.

Dlaczego kobiety nie chciały startować w wyborach?
- Kobiety są bardzo zaangażowane w pracę w domu. Gdy dzielą ten czas między rodzinę i karierę zawodową, mają jeszcze mniej czasu. Nie chcą wyjeżdżać do Sejmu do Warszawy, żeby nie zostawiać rodziny, zwłaszcza małych dzieci.
"

Ha! Ha! Super!!! To jest argument godny Rzeczniczki d/s równouprawnienia! Znaczy się powinności rodzicielsko-małżeńskie ponad obywatelskimi. Dlaczego? Pewnie, bo tak natura kobietom podpowiada... Iście katolickie. Kiedy to czytam, to miałabym ochotę, żeby Polki odwołały swoją Panią Rzecznik d/s Równouprawnienia właśnie ze względów na niereformowalność mentalności - poza katolicyzm wyjść się nie da... I w ogóle - komu to potrzebne??? Na pewno nie tym nielicznym, super-zdolnym i super-pracowitym, które nigdy w życiu dyskryminacji ze względu na płeć nie zaznały.

Kolejny głupi argument: Aby kobiety mogły się angażować w politykę, trzeba uwolnić ich czas, stworzyć więcej przedszkoli, ułatwień dla kobiet.

Przedszkola są ważne, ale nie tędy droga do wciągnięcia kobiet do działalności publicznej. Wolny czas kobiety poświęcom na dorabianie do budżetu rodzinnego... Aktywność polityczna nie wynika z edukacji pasywnej, ale z aktywnej. O jaki typ edukacji kobiet do aktywności politycznej chodzi, P. Rzeczniczka niestety nie mówi. Jakże wygodnie!

Może organizujmy pogadanki dla kobiet, że powinny być aktywne, i żeby uwierzyły w siebie? Metoda stosowana w XIX-tym wieku - niskobudżetowa i zupełnie nierewolucyjna. Może zadziała?

Były marszałek Sejmu Marek Borowski proponuje, żeby partie, które więcej kobiet umieszczą na listach, dostawały więcej pieniędzy z budżetu.
- To byłoby niekonstytucyjne rozwiązanie.

Super! Stoimy na straży konstytucji, ponad zasadami aktywizacji obywatelkiej pasywnej i dyskryminowanej części społeczeństwa. Według logiki argumentacji p. Rzecznik: DYSKRYMINOWANEJ, BO SAMA W SIEBIE NIE WIERZY! Jest przecież zapis w konstytucji. Po co w ogóle rzecznik???

Duże wrażenie dla wyczucia politycznego.

Ale co zrobić, żeby wykreować liderki, których partie dziś raczej nie kreują?
- Ja nie narzekam. W PO nie ma dyskryminacji kobiet, wszystko zależy od tego, ile same chcemy zrobić.

Klasyka. Ileż to razy np. na uczelniach lub w korporacja słyszałam: "Ja nie narzekam. Koledzy mnie promują, bo jestem dobra. Nadzwyczajne fawory nie się mi potrzebne." Rzecznik też pewnie nie.

A w końcu - największy argument, emocjonalny - korzystanie z parytetu byłoby upokarzające! Właśnie. Dumna Polka nie weźmie jałmużny!

Szereg argumentów, jakich nie powstydziłby się Korwin-Mikke. Pogratulujmy sobie Pełnomocniczki Rządu d/s Równego Traktowania! Kobiety! Wystarczy tylko w siebie uwierzyć!!!

Żenada...

***

"Naród za kobietami" - interesujący artykuł w Wyborczej.

Nie chcę tu dyskutować, czy parytet jest słuszną strategią na zwiększenie udziału kobiet w życiu politycznym (czytaj raczej: *obywatelskim*), a jednocześnie na uzdrowienie tegoż, przesiąkniętego testosteronem do takiego stopnia, że naród reaguje nań wymiotnie. Jeśli wprowadzi się parytet, to czas pokaże, czy kobiety w polityce zachowują się inaczej niż mężczyźni. Jak do tej pory wygląda na to, że po 1989 takich różnic nie ma. Ale bywały w okresie międzywojennym, gdy sejmowe koło kobiet bywało jedynym sprawnie działającym i *ponadpartyjnym* klubem poselskim. Ale to było 70 lat temu.


Natomiast co mnie zainteresowało, to wyskubane do artykułu statystyki:

"[...] za parytetem opowiada się więcej osób z wykształceniem podstawowym (72 proc.) i zawodowym (63 proc.) niż średnim (59 proc.) czy wyższym (42 proc.). A na wsi hasło parytet budzi entuzjazm większy (64 proc.) niż w dużych miastach (57 proc.)."

... i komentarze:


"Prof. Mirosława Marody, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego: -To wbrew socjologii. Zmiany modernizacyjne zaczynają się od lepiej wykształconych mieszkańców wielkich miast. Później przekonują się do nich gorzej wykształceni czy mieszkańcy prowincji, którzy tradycyjnie widzą kobietę raczej w domu niż życiu publicznym."

Wow! Wbrew socjologii! A może socjologia powinna powinna przemyśleć *dokładniej* na czym polega polski patriarchat i relacje płci w naszym kraju, zanim zacznie się dziwić, że społeczeństwo zachowuje się wbrew socjologii, a dokładnie - wbrew teorii modernizacyjnej, która opiera się na aksjomacie migracji wzorców zachowań od "elity" do "tłumu", czyli na imitacji. Nie znaczy to, że teoria modernizacji nie ma nic do zaoferowania. Ale może przypadek polski jest nieco bardziej skomplikowany i wytrychem teoretycznym "otworzyć" się go nie da? W każdym razie obśmiałam się szczerze, że zachowanie społeczne nie pasuje do socjologii... Do teorii backlashu feministycznego po 1989 roku też oczywiście nie pasuje... Byle tylko nie zaczęto - w myśl unaukowienia - patologizować narodowej tendencji do równouprawnienia z urzędu. Szkoda by było. Ale może to nieuniknione, skoro "elity" tak zaskoczyło zachowanie "tłumu"?


A może pani prof. Marody ktoś zrobił kuku wyrywając ten cytat z kontekstu? Znając poziom polskiego dziennikarstwa, jest to bardzo możliwe. Chętnie przeczytałabym całą wypowiedź. Być może zmieniłabym zdanie - ale tu już zażalenie do dziennikarza.

Wyjaśnienie kolejne:

"A może mniej wykształceni kierują się odruchem sprawiedliwości: połowie społeczeństwa oddajmy połowę miejsc?"

Jasne. Kolejna subtelna teoria. Naród, czyli "doły" myślą po staremu, komunistycznemu, sprawiedliwość społeczna i walka z faszyzmem za demokrację - to nam wdrukowywano przez 20 lat jako aksjomat. I przykro, choć zrozumiałe że dziennikarka w to wierzy. Czytając ten wnikliwy komentarz chciałoby się zapytać - a jaka była struktura wiekowa sondowanej grupy? Czy "doły" społeczne, nawet prowincjonalne, mają tę samą świadomość, niezależnie od pokolenia? To jest dopiero herezja socjologiczna! Ale pasuje do utrwalonej przez 20 lat teorii - prowincja i doły są głupie, bo post-komunistyczne i niereformowalne (moherowe berety, kaszkiety, baseballówki, a nawet czepeczki dziecinne). Super. Jesteśmy w domu, wiemy o co chodzi.

I kolejny cytat-wyjaśnienie:


"Prof. Czapiński ma inną hipotezę: - Lepiej wykształceni zdają sobie sprawę z tego, że kiepski styl polityki wynika z krótkiej tradycji demokratycznej, i z tego, że do polityki pchają się ludzie z chciejstwem władzy, a sam parytet tego nie zmieni. Bo człowiek tak się zachowuje, jak mu rola dyktuje. Bez względu na płeć. Gorzej wykształceni podchodzą do polityki w sposób magiczny: będzie więcej kobiet, to złagodzą się obyczaje."

I znowu wracamy do elit i tłumu. Elity wykształcone wiedzą, rozumieją, znają się. A wieś głupia jest i nie myśli. I jej się myli. Być może elity rozumieją aż za dobrze, że "do polityki pchają się ludzie z chciejstwem władzy". I tu znowu w sukurs może przyjść i socjologia, i psychologia społeczna - wystarczy poczytać badania nad wartościami (modne słowo przez ostatnie 20 lat), jakie reprezentują studenci z wyższym wykształceniem (w zależności o czasu przeprowadzania sondaży - absolwenci). Znakomia większość uważa, że władza i pieniądze, to najważniejsza wartość, spychając na dalsze miejsca inne, np. wykształcenie, etyka pracy, godność osobista, a nawet religia. Z badań tych wynika, że wykształcone elity wierzą w większości (badania, które pamiętam mówią o ok. 70%) , że wszystkich można kupić, kwestia tylko pieniędzy. Choć znowu, czytając te badania nie widziałam podziału respondentów na płeć. Czytając to wytłumaczenie zdaje mi się, że cynizm elit urósł do rangi socjo-psychologicznego prawa (naturalnego?, w każdym razie post-transformacyjnego).

Teorie są wspaniałe, pod warunkiem, że je się sensownie stosuje. Można je łączyć, hybrydyzować, nie trzeba być niewolnikiem dogmatu. Teoria służy temu, żeby pomóc zrozumieć, a nie narzucić ideologiczną interpretację.

A co to treści artykułu: oto mamy kolejny wielogłos wołającego na puszczy: przemyślmy i przeanalizujmy (sic!) rodzimy patriarchat i relacje płci: solidnie, rzeczowo, inteligentnie, a nie pobieżnie, w pośpiechu, używając teorii z innych parafii. Nie brylujmy erudycją w na kolanie pisanych felietonach, powielających to, co inni na świecie już powiedzieli o sytuacji kobiet w post-demoludach, a urastających do rangi feministycznych tekstów kanonicznych. Praca analityczna, zbieranie danych nie brudzi! Choć oczywiście publikować w Polsce (byleco) jest niezwykle łatwo. I może to demoralizuje.

A co do parytetu - jeśli naród chce, to niech naród spróbuje. Jeśli naród nauczy się rozliczać swoich reprezentantów *i reprezentantki*, a reprezentanci płci obojga nauczą się szanować wyborców, to wszyscy na tym wygrają - bez względu na płeć.

 

czwartek, 09 lipca 2009
niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba

lekarz ginekolog z tego Pospieszalskiego

otóż szczepinka przeciw HPV służy temu by jedenstoletnie dziewczynki puszczały się z kim popadnie

brawo dla pana

to ja jeszcze dodam że obowiązkowe szczepienie przeciw WZW służy temu by zdeprawowani rodzice z półrocznym dzieckiem mogli iść do studia tatuażu i bez ryzyka strzelić mu jakiś tatuażyk

w sumie dziwię się, że nie wystosował postulatu by każdy katolik przestał w ogóle szczepić swoje dzieci, przecież głęboka wiara i modlitwa ustrzegą przed wszystkimi chorobami, a za pozostałe szczepionki pewnie też jest odpowiedzialne lobby gejowskie