feministyczno-genderowo-queerowa mozaika myślowa
Zakładki:
kontakt:
O nas
Gender studies
.ORG
Queer
Źródła
Domownicy
Stali goście


Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
środa, 30 maja 2007
Wyzwolenie czy terror piękności?

W połowie maja Gazeta Wyborcza wydała dodatek o menopauzie pt. "Dojrzałe piękno". W zamierzeniu autorek/ów dodatek ten miał chyba udowodnić, że kobiety 'w średnim wieku' mogą być piękne, atrakcyjne seksualnie itd. Coż, jest to idea godna pochwały, ale...

Na drugiej stronie dodatku przedstawiono kobiety, które są przykładami atrakcyjnego wyglądu po pięćdziesiątce. Pokazano m.in. zdjęcia Jane Fondy, Grażyny Szapołowskiej, Małgorzaty Niemen. Rzeczywiście, wyglądają pięknie, tylko dlaczego gwiazdy po liftingach mają być wzorem dla statystycznej kobiety? Chyba, że ktoś chce mi wmówić, że typowa 52-latka wygląda (albo z łatwością może wyglądać) tak:

 

niemen

a typowa 69-latka bez pomocy chirurga (i retuszowania zdjęcia) może wyglądać tak:

fonda

Jane Fonda, w zacytowanej obok zdjęcia wypowiedzi, twierdzi, że starzenie opóźniają "dobra dieta, ćwiczenia, odpowiednia pielęgnacja skóry". Naprawdę chodzi tylko o to? Czyżby więc większość kobiet w tym wieku po prostu, w przeciwieństwie do Fondy, używała niewłaściwych kremów?

 

Anna Dodziuk, nawiązując do zdjęcia Sophii Loren w kalendarzu Pirelli, twierdzi: "Nie wszyscy sięgamy standardu 72-letniej Sophii Loren. Ale kiedy ona wydepcze ścieżkim wtedy kobietom w starszym wieku będzie dużo łatwiej". Ja jednak nie byłabym taką optymistką i nie wartościowałabym tego tak pozytywnie. Moim zdaniem nierealne wzorce są niekorzystne zarówno jeśli chodzi o samoocenę dziewczynek (lalki Barbie, modelki), jak i kobiet starszych. Wszystko zmierza do tego, że starsze kobiety są uważane za atrakcyjne tylko wtedy, gdy za pomocą różnych środków upodabniają się do 20-30-latek. Tylko co to niby za wyzwolenie i afirmacja atrakcyjności?

Takie nierealistyczne obietnice stawiane kobietom po pięćdziesiatce dają im frustrujące, trudne do osiągnięcia wzorce i rozwijają biznes producentów kosmetyków przeciwzmarszczkowych (którzy, notabene, reklamują oczywiście swoje produkty w omawianym dodatku do Gazety Wyborczej, np. taki krem non-stop lifting za jedyne 392 zł, albo komórkowe serum za 2100 zł).

Interesujące jest także to, że podtytuł dodatku "Dojrzałe piękno" (i jednocześnie pierwsze zdanie wstępu) to złowrogie "Menopauza to nie wyrok". Czyżby jego autorki/rzy uważali jednak, że kobiety powinny przede wszystkim zawzięcie walczyć z naturalnymi oznakami starzenia, a dopiero potem zaakceptować siebie?
feministyczne wzorce osobowe?
Ostatnio czytając wpisy na gender.blox zastanawiałam się nad znaczeniem feministycznych osobowych wzorców dla dziewczyn i młodych kobiet. To jest chyba ważniejszy problem, niż by się zadawało. Każdy ma swoją drogę do feminizmu, własne doświadczenia, własny charakter i osobowość. Kiedy ja się zaczynałam interesować feminizmem, to takich modeli osobowych chyba jeszcze nie było – a może ich po prostu nie potrzebowałam? Ale czasy się zmieniły.

Szczuka, Graff, Środa, Dunin, Walczewska - że wspomnę te kilka nazwisk, które mi się plączą po głowie przy okazji tematu - to takie dość wyraźne osoby / imaże w polskiej sferze publicznej, z wyraźną etykietką: feministka. Ale to też zdaje się modele do naśladowania i chyba młodszym dziewczynom potrzebne? Choćby na blogach widać, że używa się ich imion, nazwisk, nazw czasopism feministycznych, czyli chyba istnieje potrzeba identyfikacji personalnej.

Nie do końca rozumiem, jak młode osoby określają się wobec tych swoich idoli. Czy traktują je jako modele do naśladowania, wzorce osobowe? Z jakichś dawnych wypowiedzi na którymś z blogów pamiętam, że czytelniczki Kazimiery Szczuki reagowały na nią podczas podpisywania książek, niczym fanklub. Może to też właściwe określenie? A jeśli tak, to co z tego wynika?

Może to, że każdy fan chce być interaktywny ze swoim ideolem, że chce poczuć, że jest zauważany i uszanowany? I tu nasuwa się natrętna myśl, że może feminizm to jednak raczej moda, niż ruch społeczny; że to raczej sprzedaż pewnego image, niż pewnych idei? Ale nawet nie chcę o tym myśleć… Faktem jest, że młodsze koleżanki zdaje się potrzebują wzorców i starsze koleżanki może powinny być tego bardziej świadome, że poza wszystkim pełnią pewną rolę… wychowawczą?

poniedziałek, 28 maja 2007
za miedzą
  Wolność i tolerancja kończą się wtedy, kiedy zaczyna się krzywda drugiej osoby. Teraz mamy taką sytuację, a internetowa krzywda dzieje się właśnie mi. No i bronię się, a raczej zastanawiam, czy i jak się bronić. Na sławnym bezjajku, feministycznym blogu pojawił się troll. To internautka, która komentuje tam głównie pod tekstami Kazi Szczuki ( niejaka " ami66" ). Oceniam te komentarze jako psychiatryczne, dodam też, że przysyłała mi pogróżki na mejlową skrzynkę. Nadpobudliwa osoba nie zrozumiała mojego komentarza do Kazimiery Szczuki - rzeczywiście może " półprywatnego". Ja właściwie prywatnie nie znam pani Kazi, może z widzenia . Mamy też wspólnych znajomych. Sytuacja głupia, bo Kazia Szczuka ewidentnie ma o coś do mnie żal, a ja mam z kolei żal do niej. Staram się po prostu odzyskać swoje teksty. Pani Kazimiera trochę mnie obraziła, dlatego nie bardzo chciałabym tam wydzwaniać, chodzić do niej itp. Nie w tej sytuacji. Pewnie powinnam, zamiast nagłaśniać i robić sprawę publiczną. Ale... ja też " jestem skandalistką" ! Zawsze lubiłam ją za jej wybryki, bo widziałam w tym siebie. Tym razem jednak - co to za szoł? Wczoraj w nocy odczytałam komentarz do mnie, agresywny i wulgarny, godzący w moje dobre imię. Jest pod wpisem Kazi. Był tam od 15tej w niedzielę, całe popołudnie. Na moich blogach piszę o Kazi. Gdyby ją na " moim terenie" ktoś tak poniżył, wycięłabym to, zalogowała się i przeprosiła. Internautka grozi mi, że będzie mnie niszczyła, wyzywa (!). Czy to jest siostrzaństwo i wolnościowa propaganda, że Bloginie nie reagują? Czy to właściwa filozofia internetu zostawiać wszystko? Dlaczego tam nie ma moderowania? Co mam zrobić? To ataki, czuję się zagrożona. Rozumiem, że " ami' ma problemy psychiczne, ale jej wpisy wywołują we mnie dyskomfort i poczucie zagrożenia. Wiem, że z " ami" się nie dogadam, chociaż próbowałam po ludzku... Zastanawia mnie, dlaczego Kazia chce mieć takie forum. To już drugie. W Salonie24 też miała śmietnik, aż skarżyła się byłemu mężowi, że u niego lepiej. Dlaczego nie moderuje, skoro tak przyciąga "trolle" ? To nie jej wina, ale obojętność w tej sytuacji nie podoba mi się. Dziwny feminizm i feministyczne blogowanie, jeśli pozwala się na przemoc ( tak!). Jedna kobieta ( "ami") atakuje drugą, mnie. A nad tym szczytne hasła " Niech żyje wielka siostrzańska rodzina feministyczna" i " to miejsce wolnościowej propagandy". W rezultacie zastanawiam się, czy iść na policję, czy tylko pisać do adminów. Nie chcę być publicznie znieważana.
10:00, przekrojone_kiwi , obserwacje
Link Komentarze (12) »
sobota, 26 maja 2007
to się leczy...

""homoskesualizm to podobne uzależnienie jak uzależnienie od pornografii, internetu, zakupów czy antykoncepcji". Według niej homoseksualiści są szczególnie narażeni na narkomanię i alkoholizm oraz zarażenie wirusem HIV. "Ochrona przed propagandą homoseksualną może uchronić dzieci przed wieloma chorobami"". Najbardziej cieszą wspólne mianowniki i celne - zdaniem dr W. - kopnięcie w splot słoneczny. Nic dodać, nic ująć.

czwartek, 24 maja 2007
Przemoc

Po sąsiedzku, na blogu "Bez jaj" dyskusja na temat przemocy w rodzinie, której ofiarą padają kobiety (przeważnie, bo również dzieci i mężczyźni, ale chodziło o kobiety, że są jako ofiary bardzo samotne, a nawet uważane za współwinne).

Temat jest zdecydowanie tematem "tabu" w naszym kraju. Nie wiem, czy jest w ogóle temat bardziej wstydliwy.

Zawsze się znajdzie "dyżurna" osoba (zwykle jest to jednak mężczyzna), która próbuje storpedować dyskusję pod hasłem: "to bzdury wyssane z palca". Przeważnie jest agresywny, używa epitetów typu "lokalne idiotki". Argumenty mogą być różne np. nie ma problemu, bo nie jest potwierdzony rzetelnymi "badaniami naukowymi"(!).

Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak postrzega świat (czy to możliwe?!), czy to tylko element walki politycznej z feministkami, lewicą, masonami?...

13:36, kobietawkryzysie
Link Komentarze (11) »
środa, 16 maja 2007
Zadra ściska wasze koty

Dziękujemy wszystkim osobom, które przysyłają do Zadry maile z propozycjami tekstów. Bardzo cieszymy się z tak żywej reakcji! Poprzez wpis na blogu gender chciałybyśmy przypomnieć, że ostateczny termin przysyłania artykułów do najbliższego, podwójnego numeru to koniec maja, a więc im dłużej i im później przysyłacie swoje propozycje, tym mniej czasu zostanie na napisanie tekstu. I tym mniej zostaje na nie  wolnego miejsca w Zadrze. Piszemy o tym dlatego, że dostajemy ciągle maile m.in. z pytaniem o deadline.


Swoją drogą to cudne, jak wiele energii, świeżości i odlotowych pomysłów kłębi się w feministycznym narodzie płci obojga :-) Wystarczy poruszyć jeden kamyczek, a lawina rusza z hukiem :-)

Namiętne pozdrowienia od redakcji Zadry, uściski dla waszych psów i kotów :-)

poniedziałek, 14 maja 2007
gwałt na służbie

Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji wypowiedział się na temat oskarżeń wobec lubelskiego policjanta o gwałt na zatrzymanej studentce. Czy zapowiedział surowe postępowanie wyjaśniające i ukaranie swojego podwładnego? Czy poinformował prasę o jego aresztowaniu? Czy przeprosił poszkodowaną kobietę, zapewnił jej opiekę psychologiczną i lekarską? Czy zapewnił społeczeństwo, że nie ma tolerancji dla tego typu zachowań wśród policjantów? Nie, nie i jeszcze raz nie. Minister Kaczmarek uznał podwójny gwałt na zatrzymanej kobiecie za "incydent". I zapewniał indagujących go w tej sprawie posłów opozycji, że "w okresie ostatnich trzech lat liczba wydarzeń z udziałem policjantów województwa lubelskiego wykazuje tendencję spadkową, co świadczy o prawidłowości prowadzonej polityki dyscyplinarnej". Według lubelskiej prasy poszlaki wskazują, że oskarżony policjant nie po raz pierwszy dopuścił sie gwałtu. Sprawą zajął sie Trybunał w Strasburgu.

Gwałt na komisaracie to tylko czubek góry lodowej, jaką jest lekceważenie kobiet przez aparat ścigania i sprawiedliwości. Zaczyna się od odmowy skutecznego ściagania alimentów przez komornika, poprzez opieszałe interwencje w przypadkach znęcania się nad rodziną, niechęć do przyjmowania zeznań poszkodowanych kobiet i takze częste zniechęcanie ich samych, biurokratyczne i nieludzkie podejście do ofiar przemocy domowej czy gwałtu. Kobieta będąc ofiarą przestępstwa nie może u nas liczyć na bezwarunkową opiekę i pomoc ze strony tych, do ktorych należy wykrycie i ukaranie sprawcy. Raczej częsciej napotka solidarność pomiędzy męzczyznami-policjantami i mężczyzną-gwałcicielem. Dowie się, że sama sie prosiła, bo miała za krótką spódnicę, albo że zupa była za słona, więc mąż miał prawo sie zdenerwować. Zgwałcona studentka była ponoć pijana i ten fakt przedstawia sie jako okoliczność łagodzącą dla gwałciciela, który był przecież na służbie.

Jest też społeczne przyzwolenie na takie traktowanie kobiet. Świadczy o tym chociażby fakt, że lekceważąca wypowiedź ministra nie wzbudziła szerszego oburzenia. W cywilizowanym kraju byłby on napiętnowany przez media, a opozycja wezwałaby go do dymisji. Polska cywilizacja widocznie kończy się tam, gdzie w grę wchodzą prawa kobiety. I jak tu się czuć pełnoprawną obywatelką?

http://miasta.gazeta.pl/lublin/1,35640,4128965.html

niedziela, 13 maja 2007
Dlaczego Polska niechętnie podchodzi do femizmu?
Polska, bo tu mieszkam i interesuję mnie jej rzeczywistość, z którą muszę się zmagać. Feminizm, bo czuję się feministką. Znak zapytania, bo chciałabym otworzyć dyskusję.

Każda z nas spotkała się pewnie kiedyś z krytyką feminizmu w grupie bliskich sobie znajomych. Ludzie łaczą się przecież w grupy niekoniecznie o 100% zgodności charakterów i poglądów. Przyznam się, że po pewnym czasie trwania dyskusji moja reakcja przypomina najeżonego psa gotowego do skoku. "Dyskusje", dodam pojawiają się dość często, bo mój partner nie rozumie, że feministki to nie tylko "cięmiężone kobiety z nieogolonymi nogami, wypowiadające jakieś dziwne frazesy o nierównych szansach". Wymaga się ode mnie racjonalnych dowodów, gdy tymczasem hasła rzucane w moja stronę z racjonalnością nie wiele mają wspónego. Mój podniesiony głos (cóż, przypadłość rodzinna) bierze się za histerię, a męski podniesiony ton za głos mentora (gdzieś czytałam ciekawy artykuł właśnie o róznicach damsko- męskich w prowadzeniu dyskusji, pamięta ktoś?).

Ja widzę w tym problem, ponieważ nie traktuje się głosu feminzimu poważnie w zwykłych kontaktach międzyludzkich, nie mówiąc już o dyskursie publicznym. Dlaczego tak się dzieje? Feministki w telewizji czy gazetach pojawiają się, gdy głośno o zmianach w konstytucji. Chwilowo problem zmian znikł i choć pozostał problem aborcji, feministek już nie ma. W takich sytuacjach pokazuje się feministki jak kolorową zbieraninę, która siedzi na krawężnikach i krzyczy głośno. W tle leci jakąś muzyka, pokaże się Kazie Szczukę, bo przecież ona z telewizji jest, choć częściej pokazują polityków SLD, których wynienia się zawsze jako głownych członków demonstracji. Tymczasem zwykły obywatel nie zagłebiający się w życie obywatelskie w większy sposób niż obejrzenie wiadomości, tak naprawdę nie wie kto i co to jest, poza tym że je się to z lewicą. (Chwała jednak tym wszystkim feministką i feministą, który po tym jak znikają z kolorowej manifestacji siadają do normalnej ciężkiej pracy.)

Moim zdaniem brakuje jasnego przekazu feminizmu. Gdy słucham jakimi ciemnymi argumentami posługują się niektórzy moi adwersarze, to łapię się za głowę. Do przecietnego obywatela, mniej lub bardziej zaanagażowanego docierają urywki informacji. Wiem, że feminizm ma różne odcienie. Ja też czasem i z powodu tych odcieni łapię się za głowę (chociażby przez ostatni wpis na stopfanatykom p. Wandy Nowickiej o żeńskich końcówkach- ja zwracam się głownie do kobiet, więc i mnie można tutaj oskarżyć o dyskryminację). Tylko dlaczego koronnym argumentem, w zasadzie oskarżeniem, które do mnie trafia jest to, że my nienawidzimy facetów? Owszem, podejrzewam, że parę osób znajdzie jakiegoś typka, jak i znajdzie jakąś kobietę, za która nie przepada, ale żeby od razu tak ogólnie? Czemu choć mijają lata ten tekst w codziennym zyciu nie został zbity? Kolejnym oskarżeniem, jest to, że nic tak naprawdę nie robimy. I nie wiem czemu podane przykłady, jak Porozumienie Kobiet 8 marca czy Fundacja na Recz Planowania Rodziny, nie są traktowane serio. Teorie zaś szklanego sufitu i innych problemów z pracą, zbijane są przykładem jakież obrotnej, niemal jędzowatej pani szefowej, która jakoś sobie poradziła.

Cieszę się, że nie żyjemy w kraju jednomyślności, bo ta kojarzy mi się źle, ale chciałabym żeby moje tezy i argumenty uznać za godne dyskusji, a nie tylko monologu i oskarżania. I chciałabym by feminizm w swej wielobarwnej postaci doczekał się jasnych reguł, by łatwiej było dyskutować.

Co o tym myślicie?
20:02, rudakrzyzaczka
Link Komentarze (10) »
piątek, 11 maja 2007
Rospuda nie obroni się sama!

Serdecznie zapraszamy na koncert / spotkanie (o charakterze edukacyjnym ;) poświęcone Dolinie Rospudy, które odbędzie się w niedzielę , 13.05 o godz. 18 w Piwnicy Pod Baranami.

W programie:
Pokaz filmów i zdjęć znad Rospudy, krótka dyskusja (prowadzona przez Darka Szweda), koncerty zespołów Zomo(punk)i Electrolic Landlady (Rock) oraz wykonanie napisanej przez nas piosenki o Rospudzie :)

Wstęp:
2 zł

Matronat:
Zieloni 2004, Ostra Zieleń, Zielone Brygady, Viva Kraków

Kontakt:
Aleksandra Sowa , sowa_aleksandra@wp.pl , 502 366 923
Rita Shafi, shafi.rita@gmail.com , 888 488 355

18:42, aleksandra_sowa , wydarzenia
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 maja 2007
rybki w akwarium

Gertrude Fiske, Goldfish, 1913, olej na płótnie.

Feministyczne historyczki sztuki już od czterech dekad polemizują z konserwatywnymi koneserami i innymi intelektualistami na temat tego, dlaczego w historii nie było kobiecej wersji Michała Anioła… Podziwiać należy ich cierpliwość, bowiem w istocie – pytanie jest głupie. Jest głupie, jeśli zważy się na kontekst historyczny. Jest głupie, jeśli dostrzega się kontekst ekonomiczny i społeczny twórczości artystycznej; jeśli wreszcie uzmysłowi się sobie praktykę tworzonia sztuki do końca I wojny światowej.

Czy w średniowieczu kobiety mogły zostać członkami cechów artystycznych? Czy mogły podróżować wiele lat, samotnie, z jednego warsztatu mistrza do drugiego? Czy w czasach nowożytnych istniało przyzwolenie społeczne na pobieranie nauk malarskich przez kobiety, nie jako amatorki, ale - profesjonalistki (co znaczy – po to, aby zarabiać pieniądze jako zawodowe malarki)? Czy kobiety w ogóle mogły zarabiać uprawiając wolne zawody?
Artemisia Gentileschi czy Elizabeth-Louise Vigee-Le Brun dziedziczyły fach po ojcach i braciach, na mocy zwyczaju cechowego i ich wyjątkowość jedynie potwierdza regułę.

Czy zezwalano kobietom na szkicowanie aktu (męskiego!) z natury – tej podstawy warsztatu malarskiego? Nie, bo takie praktyki stały w sprzeczności z teorią stworzenia i ideologią naturalnego porządku władzy między kobietą a mężczyzną, w tym także władzy spojrzenia. Szkicowanie nagiego modela narażało na szwank cnotliwość młodych kobiet i raniło poczucie przyzwoitości mieszczańskiej. W drugiej połowie XIX-go wieku Maria Baszkircew żaliła się: “Jakże mam być artystką, skoro nie mogę sama wyjść na ulicę i zawsze muszę brać dorożkę; kiedy nie mogę siedzieć na ławce w Tuilleriach i obserwować przechodniów - bez przyzwoitki; jeśli nie wolno mi samotnie wejść do muzeum, żeby zrobić kilka szkiców; jeśli nie mogę patrzyć wprost w twarze mijanych ludzi, włóczyć się po ulicach kiedy chcę i gdzie chcę?”

Sfera publiczna skutecznie ograniczała choreografię ruchów i spojrzeń artystek. Dlatego malarki XIX-go wieku przedstawiały ten świat, który znały najlepiej. Z tego powodu, a nie tylko za sprawą “kobiecego narcyzmu", często malowały swoje autoportrety, swoje małe “domowe królestwa” - salony, kuchnie, sypialnie, balkony, ogrody. Przestrzeń zamkniętą. Swoje więzienia. Siebie nawzajem.

 
1 , 2