feministyczno-genderowo-queerowa mozaika myślowa
Zakładki:
kontakt:
O nas
Gender studies
.ORG
Queer
Źródła
Domownicy
Stali goście


Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
wtorek, 31 marca 2009
ale kino

Przyznam, ze już mi się nie chce kruszyć kopii o równość traktowania płci. Mam ją w końcu prawnie zagwarantowana i na swoim podwórku nie pozwolę się lekceważyć. Córka mi rośnie i ona też sobie nie pozwoli. A reszta? Większość wybiera niebieska tabletkę i tkwi w kierowanym stereotypami matrixie. Stereotypy są łatwe i oszczędzaja czas, stereotyp nie wymaga myślenia, jest jednoznaczny i wygodny. Ba! On bywa nawet statystycznie prawdziwy. Ręce mi opadają wtedy, kiedy zakłamuje się rzeczywistość, żeby broń Boże (i Bóg wzywany nadaremno broni) stereotyp nie ucierpiał.  Ręce opadają kiedy się seksizm niezauważalnie wrasta w język, którym się posługujemy.

            Trafiłam w telewizji na taką reklamę pozornie promująca kulturę. Otóż kilka osób odpowiada na pytanie, czym jest film? Kino? Reżyseria? Znawcy. Eksperci. Autorytety. Puenta spotu jest apelem „oglądajcie dobre kino”.  Widzieliście?

Andrzej Żuławski, Kazimierz Kutz, Allan Starski, Cezary Żak i jeszcze kilku mężczyzn, których nie pamiętam.  Mówią o tym , że kino to magia, moc, władza, narkotyk. Mówią że to prawdziwa sztuka i mówią oglądajcie dobre kino. Nie było  w tym zacnym gronie miejsca dla Agnieszki Holland, Marty Meszaros, Jolanty Dylewskiej,  Magdaleny Piekorz, Krystyny Jandy, Ewy Braun, Katarzyny Żak  chociaż osiągnięciami dorównują lub biją na głowę wypowiadających się panów. Nie była miejsca dla ani jednej kobiety.

Wcale nie węszę spisku, bo nie posądzam twórców spotu o premedytację. To się wzięło  z elementarnych braków wiedzy w temacie wypełnionych  budyniem , który każe nam kojarzyć "męski " z "lepszym" a mężczyznę z ekspertem. Panie w „dobrym kinie” maja przecież swoje miejsce. Mają być pięknymi trofeami.

            Tylko proszę mi tu bez komunałów typu „Nie sądzę aby inteligentna kobieta poczuła się urażona, bo zna swoją wartość”. Ja się nie czuję urażona jako kobieta, bo nie buduję poczucia własnej wartości na stereotypach. Ja się czuję robiona w trąbę jako człowiek , jeśli kabotyństwo  i  efekciarstwo mają mi standardy sztuki filmowej wyznaczać.  

 

poniedziałek, 16 marca 2009
Dziewczyny z mojej ulicy

List z Zanzibaru.

 

Dziewczyny z mojej ulicy są zaradne i przedsiębiorcze.

 

***

 

Jak tylko wprowadziliśmy się do Mbweni, Dziewczyny (z mojej ulicy) uaktywniły konstrukcję, którą lubię nazywać CZAPATERIĄ. Sklecona z gałęzi, drewienek, folii, kartonów i odrobiny dachowej blachy, daje się określić jako coś pomiędzy stoiskiem wystawienniczym, szałasem nomadów, garkuchnią i herbaciarnią. Konstrukcja jest niewielka i dzieli się na dwie części. Pierwsza, kuchenna, skrywa dołek na żarzące się węgle, których pod strzechy i w mury domów zarządzanych przez muzułamńskie gospodynie, dostarczają mężczyźni na bagażnikach rowerów. Kupują je od handlarzy opałem – porcjowane i zimne węgielki, sprzedawane są w plecionych ze sztucznego tworzywa workach i przypominają europejski grillowy coil. Nad węglami stoi w trójrozkroku żeliwna i mocna podstawka na szeroką, głęboką, okrągłą patelnię, wypełnioną tłuszczem, czasem świeżym, czasem starym, czasem pochodzenia wątpliwego, jak ten, o którym słyszeliśmy od znajomych, ostrzegających nas przed popularnymi frytkami w Dar es Salaam, smażonymi na oleju samochodowym (to usłyszawszy, Kajtek zamawia frytki w restauracjach prosząc, żeby nie były z gari mafuta; suahili: gari – samochód, mafuta - tłuszcz).

 

 

Przy palenisku miejsca wystarczy dla dwóch osób (kobiet z małym dzieckiem), zagniatających miękkie, delikatne i przyjemne w dotyku kulki ciasta na czapati z dobrej jakoścowo mąki. Dziewczyny dysponują zestawem sprzętów domowych, których funkcjonalność nie zmienia się od stuleci. Mają mały, okrągły stołeczek na wałkowanie placków prostą, drewnianą pałką. Mają łyżkę do wielokrotnego obracania cienkich czapati, powoli osiągających odpowiednią chrupkość w rozgrzanym na patelni tłuszczu. Tą samą łyżką dolewają po odrobinie, raz za razem, kilka kropel żółtego oleju ze stojącego pod ręką pojemnika po puszce albo margarynie. Czapati obracają, składają, głaszczą i przyciskają, aż wreszcie zdejmują z patelni, wrzucają do miski i zakrywają gazetą.

 

Dziewczyny są duże. Grube. Mocne. Pracują z odsłoniętymi ramionami i z dziećmi dookoła. Po pierwsze, z maleńkimi dziećmi - w chustach przytwierdzonych ciasno do pleców matek. Po drugie, z dziećmi śpiącymi na zużytym worku po ryżu rozłożonym prosto na ciepłej ziemi w cieniu krzaka lub płotu. Po trzecie -  z dziećmi ciut większymi, stawiającymi pierwsze kroki na rdzawej glebie naszej ulicy, raczkującymi pod brzuchami pasących się przy ulicy krów i kóz, przewracającymi się przy naszym jedynym ulicznym psie (suce), łażącym zawsze tam, gdzie idzie Główna Mama. I po czwarte - z dziećmi, które już samodzielnie mogą coś podać, przynieść, zanieść lub przestawić, a są jeszcze zbyt małe, żeby je posłać do szkoły.

 

***

 

Druga część Czapaterii należy do gości. Z solidnej, nieoheblowanej deski zbito wąski i niski blat stołu, ustawiony na koślawych nogach, które jakimś cudem trzymają poziom. Siedzenia wokół blatu trudno dostrzec. Są tak wąskie i spadziste, że początkowo odnosi się wrażenie, że to dziwaczne i zagadkowe półki wetknięte w ścianę. Pewnej niedzieli siedzieliśmy z Kajtkiem w części gościnnej, zerkając na Mamę, smażącą dla nas czapati. Nie zauważyliśmy siedzeń i grzecznie przysiedliśmy na stole, który przypominając nam ławkę  - za ławkę uznaliśmy. Dopiero przy drugiej wizycie, rozstawione elegancko na stole  filiżanki na herbatę dały nam wyraźnie do zrozumienia, że stół to nie ławka.

 

***

 

Czapateria działa już pół roku. Pełną gębą. Codziennie Dziewczyny robią ogień, dym i żarcie. Sprzedają swoje wyroby całej okolicy, która składa się w przeważającej mierze z ich kolegów, koleżków, znajomków, mężów, braci i wujków. Ławkę i stół pod dachem Czapaterii obsiadują od rana do wieczora stali bywalcy. Siorbią, mlaszczą, łykają. Gadają, śmieją się, dyskutują i żują kolejne kęsy. Razem. Po prostu razem. W słońcu, w pogodzie, w świętym spokoju. Z dala od kryzysu. Bo kryzys nie może zamrozić im owocujących drzew, kryzys nie zatrzyma wiatrów przynoszących deszczy, kryzys nie przeszkodzi im żyć i spać w lekkich, doraźnych domeczkach. Kryzys nie zasłoni czarną chmurą słońca. Kryzys nie przetrzebi im oceanu, nie pożre ryb ani krabów. Mogą śmiać się kryzysowi w szpetną, białą twarz – oni i tak niczego nie stracą, bo posiadają niewiele. Starych, reperowanych ubrań, własnoręcznie wytwarzanych kang czy też butów, wielokrotnie zszywanych, barwionych i czyszczonych przez ulicznych szewców, nikt im przecież nie odbierze. Nikt nie zedrze z ciał mężczyzn odświętnych galabii, nikt nie porwie damskich buibui. Wystarcza im – bez zagrożeń ze strony banków - jeden rower, jedna dwukółka pełniąca funkcję mobilnego straganu, jedna szybka i wygodna wespa. Każdego Zanzibarczyka uratuje przed kryzysem kawałek żyznej, gościnnej i płodnej ziemi. Oraz mocne sieci ratunkowe Allaha.

 

***

 

Codziennie, odprowadzając dzieci do szkoły, wyjeżdżając do miasta samochodem, idąc po drobne zakupy do warzywniaka, mijam Dziewczyny i macham radośnie – bo wiem, że wszystkie na raz, choćby zjawiły się w Czapaterii przypadkiem, wczoraj i na chwilę, choćby były siostrami, kuzynkami i odległymi koleżankami Głównej Mamy, to wszystkie przywitają mnie ciepłym, wesołym pozdrowieniem, wszystkie zauważą to, że nadchodzę, wszystkie krzykną: jambo, habari, salama, safi, mzima!

 

Wszystkie oprócz jednej.

 

Pojawiła się na przełomie grudnia. Jest sprzedawczynią soku z marakui w używanych półlitrowych butelkach po wodzie mineralnej. Początkowo sprzedawała żółty, cudownie słodko-kwaśny sok pod wielkim drzewem na skrzyżowaniu naszej małej ulicy z ulicą większą i asfaltową. Przypuszczam, że jej mąż, tak, jak Ismail, pilnuje jednego z domów w Mbweni. Ona zaś zajmuje się wyciskaniem soku. Na splecionym naprędce stoliku próbowała też sprzedawać popularne mango, banany i papaje, ale zarzuciła to (skończyły się owoce? ktoś ją przegonił?) i widzę, że z plastikowego wiadra wypełnionego domowej roboty lodem, wystają tylko niebieskie nakrętki butelek. Miesiąc temu przeniosła swój kram – ręcznie wyplataną matę wielkości dywaniku łazienkowego oraz dzienny zapas soku pod Czapaterię. Dogadała się z Dziewczynami i siedzi na macie obok wiaderka, w porannym słońcu, z odsłoniętą głową, wyprostowana jak struna, z wyprostowanymi jak druty włosami, dojrzała, bardzo piękna i bardzo dumna. Ona nie odpowiada na żadne z moich zawołań, nie skłania głowy, nie porusza okiem, polikiem, wargą. Olewa mnie na maksa.

 

*

 

Zanim Dziewczyny rozkręciły Czapaterię, w uwielbiane przez wszystkich członków rodziny placki, zaopatrywałam się u Trzech Kobiet na rogu Jabu Bakari Road. Trzy małe stoliki ustawione pod drzewem mango są stałą ekspozycją, doskonale widoczną z okien samochodu, daladali czy taksówki. Trzy kobiety – matka i dwie dorosłe siostry handlują (patrząc od lewej): orzeszkami ziemnymi w maleńkich paczuszkach, papierosami KOŃ na sztuki, różowymi owocami baobabu mbuyu w skromnych folióweczkach, cukierkami w papierkach, stosem czapati i mandazi, zanzipączków bez dżemu, małymi i większymi rybkami smażonymi uprzednio na głębokim tłuszczu. Do ich kramu należy też rower, a na jego bagażniku brudny kosz pełen brudnego chleba, którego staram się nie kupować. Kiepski właściciel piekarni nie dba widocznie o czystość blach, na których wkłada i wyjmuje chleby z pieca. Foremkowate chleby studzą się zazwyczaj na świeżym powietrzu, pod gołym niebem, zaraz przy ulicy, czyli tam, gdzie po prostu mieści się piekarnia. Podobnie suszy się makaron – przy chałupniczych wytwórniach, na słońcu, na widoku, poskręcane taśmy i nitki leżą w równych rzędach.

 

Spośród Trzech Kobiet wyróżnia się ta Środkowa. Ma umalowane na różowo usta, lekko podmalowane oko i układa usta na kształt ust typowej cierpkiej, zawsze-lepiej-wiedzącej matrony, której mąż jest brzydkim nieudacznikiem. Środkowa ma pewnie gołębie serce, często starała się dać mi więcej mandazi albo puszczała do mnie oko i wierciła się, niby w krzątaninie, ale tak naprawdę to w radości i dumie, jak widziała, że się zbliżam z koszykiem na czapati. Ale ja – ja okropnie jej się bałam. Do tego stopnia, że gdy jej młodsza, siedząca po prawej stronie, siostra, sprzedawała ładniejsze czapati, nie byłam w stanie kupować tych lepszych, bardziej pulchnych i złocistych placków, bo Środkowa piorunowała mnie wzrokiem. Musiałam kupować tylko u niej. Wtedy obdarowywała mnie uśmiechem i patrzyła ciepło. Potem czapati kupował już tylko Hasbend. On się nie bał i brał te śliczne. Ja unikałam konfrontacji. Odkąd jednak działają Dziewczyny z mojej ulicy, czapati powszednich bez fochów mamy pod dostatkiem.

 

 

 

12:40, listyzpodrozy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 marca 2009
Beautiful business

W ciągu zaledwie dwóch lat dwie absolwentki akademii ekonomicznej Handelshögskola w Göteborgu stały się najbardziej rozpoznawanymi promotorkami przedsiębiorczości kobiet: zostając właścicielkami firmy konsultacyjnej, autorkami książki, inicjatorkami portalu poświęconemu kobietom w biznesie i konkursu na bizneswoman roku „Beautiful business award” organizowanego wspólnie z Öhrlings PricewaterhouseCoopers. Osobiście gratulacje złożyła im szwedzka minister gospodarki Maud Olofsson, która w rok od ich sukcesu z książką „Beautiful business” zaczęła lansować w mediach kwestię przedsiębiorczości kobiet.

O sukcesie studentek z Göteborga donosiła m.in. Hanna Radtke w popołudniówce „Aftonbladet”. Sofia Bergenstjerna i Frida Haavisto spotkały się w Handelshögskola w Göteborgu. Po studiach chciały założyć własną firmę, ale nie miały na nią pomysłu. Postanowiły najpierw sprawdzić własne siły i zorganizowały w 2005 roku pchli targ w Heden, dzielnicy Göteborga, który tak zareklamowały, że ściągnął 150 wystawców i 10 000 odwiedzających i został ogłoszonym największym tego typu przedsięwzięciem w historii Göteborga. Podczas kursu z przedsiębiorczości, zachęciło je wyzwanie w postaci stworzenia i rozwinięcia własnego pomysłu na biznes, w ramach ćwiczeń. Zespół, w którym realizowały pomysł wymyślił firmę konsultacyjną Beautiful business, która miała zajmować się tworzeniem marki i wprowadzaniem na rynek nowych produktów. Podczas prac nad pomysłem, autorki szukały literatury fachowej poświęconej przedsiębiorczości kobiet, okazało się jednak, że w tym temacie na rynku panuje całkowity deficyt. O ile z łatwością można było znaleźć źródła poświęcone spektakularnym karierom mężczyzn, o tyle nie pisało się o podobnych sukcesach kobiet w biznesie. I w tym miejscu zrodził się ich kolejny pomysł na wypełnienie luki na rynku i wydanie książki o kobietach, które odniosły sukces w biznesie. Miały wówczas obie po 27 lat i postanowiły napisać książkę z przesłaniem dla młodych dziewczyn i kobiet, że prowadzenie własnej firmy jest satysfakcjonujące, że ciężka praca i właściwe nastawienie opłacają się. Chciały przedstawić szwedzkie bizneswoman, z którymi czytelniczki mogłyby się utożsamić.

Zaczęły od zarezerwowania stoiska na Targach Książki w Göteborgu, które miały odbyć się za pół roku, co od razu ściągnęło na nie lawinę krytycznych głosów, że jest to nierealne posunięcie, bo stworzenie takiej książki to praca na dziesięć lat a bez znalezienia wydawcy nie ma co liczyć na jej publikację. Tymczasem Bergenstjerna i Haavisto planowały wydanie książki własnym sumptem. W tym samym czasie rozpoczęły zbieranie materiału do książki, w czym pomagały im media, m.in. dziennik Göteborgs-Posten napisał artykuł o ich pomyśle i poszukiwaniach szwedzkich bizneswoman. W konsekwencji opisały historie 200 bizneswomen, znanych i nieznanych. Autorkom zależało, żeby pokazać, że inspiracji na własną firmę można szukać wszędzie, że również kobieta rozwożąca starym Volvo ekologiczne warzywa jest przedsiębiorczynią. Pracowały dwadzieścia cztery godziny na dobę, jednocześnie realizując zlecenia w stworzonej wcześniej firmie konsultacyjnej. Ogromne wsparcie miały w swoich chłopakach, którzy bezustannie zagrzewali je do pracy. W efekcie stworzyły książkę, którą, jak podkreślają same chciały przeczytać, o odważnych, nastawionych na cel kobietach, które potrafiły zamienić swoje marzenia w świetne pomysły na własną firmę. Pieniądze, którymi dysponowały pozwalały im na wydanie zaledwie 1000 egzemplarzy. Wówczas wpadły na kolejny pomysł, aby firmy zostały sponsorami poszczególnych stron w książce. Wkrótce sprzedały wszystkie strony i zebrały fundusze na wydanie 6000 egzemplarzy. Otrzymały ponadto stypendium IRIS przyznawane przez organizację działającą na rzecz równych praw kobiet i mężczyzn, Kvinnor Kan. Zaledwie tydzień przed Targami z drukarni w Estonii przyjechała książka „Beautiful business”. Koszty druku w Estonii było o połowę niższe niż w Szwecji. Podczas Targów odniosły sukces a ich stoisko zostało zauważone w mediach. Po targach rozpoczęły dystrybucję książki po Göteborgu, głównie na rowerach a sama książka trafiła na listę bestsellerów a w jednej z największych księgarni internetowych znalazła się na szczycie najlepiej sprzedających się książek w kategorii literatura biznesowa. Sukces książki ściągnął na nie uwagę mediów, polityków, organizacji otoczenia biznesu i zaowocował kolejnym pomysłem, tym razem na portal o przedsiębiorczości kobiet i tak powstał driftig.nu, największe w Szwecji źródło internetowe poświęcone przedsiębiorczości kobiet. Autorki sukcesu poszły dalej i założyły fundację Beautiful Business Foundation, która wspiera kobiety w Indiach w zakładaniu własnej firmy: udziela mikropożyczki i organizuje kursy z przedsiębiorczości. Fundacja gromadzi pieniądze na ten cel, zachęca do współpracy inne organizacje kobiece, natomiast resztą zajmuje się organizacja Hand in hand.

Obecnie autorki „Beautiful business” jeżdżą po Szwecji z odczytami, urywają się telefony w ich firmie konsultacyjnej a klienci ustawiają się w kolejce po ich porady. Stworzyły też Beautiful Business Inspiration - pierwsze w Szwecji pośrednictwo dla kobiet występujących w roli m.in. moderatorek, wykładowczyń.

Sofia Bergenstjerna – grafik designer po czteroletnich studiach w Anglii, absolwentka Handelshögskolan w Göteborgu.

Frida Haavisto – studia z marketingu w Handelshögskolan w Göteborgu, licencjat z turystyki i marketingu, magisterium z przedsiębiorczości.

tekst: ukazał się pierwotnie na blogu „Szwecja – Serwis informacyjny. Publicystyka. http://szwecja11.blox.pl

18:08, szwecja11 , świat
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 marca 2009
manify

na stronie feminoteki podane są terminy tegorocznych manif

gdybyście się wybierały/wybierali prosimy o podzielenie się wrażeniami