feministyczno-genderowo-queerowa mozaika myślowa
Zakładki:
kontakt:
O nas
Gender studies
.ORG
Queer
Źródła
Domownicy
Stali goście


Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
piątek, 29 lutego 2008
Z cyklu: dziwne znaleziska
Przy czym słówko dziwne to eufemizm (ale może się czepiam)...

Oto co znalazłam na Wirtualnemedia.pl:



Aktorka Anna Przybylska została kobietą roku 2007... w plebiscycie 'Męska Rzecz 2007"... W plebiscycie wybrano także ulubione przedmioty mężczyzn w czterech kategoriach... Laureaci zostali uhonorowani statuetkami "Męska Rzecz 2007"...
Być może jestem przewrażliwiona, ale dla mnie wydźwięk tego tekstu jest taki, że kobieta to jeszcze jeden przedmiot użytkowany przez mężczyzn. Ciekawe, czy Anna Przybylska ucieszyła się ze statuetki "Męska Rzecz 2007? Bo, jeśli dobrze rozumiem, otrzymała taką samą nagrodę jak węgiel do grilla, Audi 98 i pozostali laureaci...

Link do znaleziska.
wtorek, 26 lutego 2008
Tylko dla prawdziwych mężczyzn
To chyba nie wymaga komentarza:
 
Chciałabym się tylko dowiedzieć co za geniusz reklamy to wymyślił.
07:51, trzydziestka
Link Komentarze (23) »
niedziela, 17 lutego 2008
Bardzo prosimy nie kopać się z koniem.

W maju polski rząd wypowie międzynarodową konwencję zabraniającą kobietom pracy w kopalni "na dole". Związkowcy protestują, bo:

- Wiadmo, że żadna kopalnia nie zatrudni kobiety do fedrowania. A zmiana przepisów może utrudnić nam życie, gdy jakaś uparta feministka [tfu] złoży do sądu sprawę o dyskryminację.

Dorota Soczówka ze związku Zawodowego KObiet w Górnictwie z kopalni Rydułtowy - Anna, wyjaśnia:

- Już dziś w niektórych zakładach przeróbczych [węgla] kobiety pracują ciężej od niektórych mężczyzn na dole.

Związkowcy sięgają po argument bezdyskusyjny [w formie żartu]:

 - "Skoro na dole nie ma już miejsca dla koni, to co dopiero mówić o kobietach..."

[źródło: GW, piątek 2008, 15 lutego, s. 6]

 

14:52, joannah31
Link Komentarze (3) »
czwartek, 14 lutego 2008
WC dżentelmen
w jednym z dzienników garść błyskotliwych przemyśleń na tematy ... podróżnicze: "Dżentelmen nie wchodzi do burdelu, człowiek kulturalny nie chodzi na parady pederastów, gdzie są promowane wartości antychrześcijańskie w sposób agresywny. Kulturalne osoby nie bywają w takich miejscach, a osoby zainteresowanie tym, żeby świat był coraz lepszy, wszelkimi sposobami próbują coś takiego powstrzymać. I ja zaliczam się do tych osób, które uważają parady pederastów za zło, promowanie zboczeń za zło i zwalczam to zło dostępnymi dla mnie sposobami"
wtorek, 12 lutego 2008
Falujące spotkanie z Zadrą

Redakcja „Zadry” zaprasza na spotkanie dyskusyjne wokół najnowszego numeru pisma.

Ttemat spotkania:

Czy polski feminizm to blacha falista?

To zaskakujące pytanie nie oznacza, że trzeba będzie wykazać się szeroką wiedzą z dziedziny budownictwa, a szczególnie pokryć dachowych :-) Falowanie/falistość jest cechą najnowszego numeru Zadry. Agnieszka Graff i Barbara Limanowska polemizują w nim o falach polskiego feminizmu, pisząc o współczesnym ruchu feministycznym. Agata Teutsch pisze o Feministycznej Akcji Letniej (FAL-a), a Magdalena Bierca analizuje z perspektywy gender mainstreamingu książki, których autorki przedstawiają kobiety jako ratowniczki ludzkości. Czy gender mainstreaming (w skrócie: uwzględnianie problematyki płci w działaniach publicznych) jest kontr-falą, falą wsteczną, która rozmywa feminizm i grozi wylądowaniem na mieliznie? Dlaczego wiele feministek uważa, że gender mainstreaming to koń trojański, który działa jak internetowy wirus trojan? Czy polski feminizm jest jak blacha falista, bo co kilka lat wymaga remontu, odnowienia, pokrywa się rdzą i jest cienki? Czy blacha falista może być gruba? Czy ruch dziewczyński zastąpił w Polsce ruch kobiecy? Czy manify to czwarta fala polskiego feminizmu czy też spieniony język fali trzeciej? I po co nam numerowanie tych wszystkich fal?

Do rozmowy na te pasjonujące tematy zapraszamy 19 lutego we wtorek o godz. 18 w Feministycznej Czytelni eFKi w Massolicie (ul. Felicjanek 4). W spotkaniu wezmą udział krakowscy autorzy i autorki tekstów z najnowszej Zadry, a poprowadzi je Beata Kozak.

Zapraszamy też do dyskusji na łamach gender.bloxu. 

Najciekawsze opinie przeczytamy na krakowskim spotkaniu z Zadra. 

czwartek, 07 lutego 2008
jak pisać o problemach feministycznych bez znajomości teorii feministycznych

Jest kilka postaw, które “patriarchalny autorytet”, zwykł przyjmować wobec tematów, teorii lub badaczek feministycznych. Przy czym takim “patriarchalnym autorytetem” może być zarówno mężczyzna lub kobieta. Dominującą postawą jest paternalizm. W sposób bardziej lub mniej delikatny demonstruje się sceptycyzm wobec feministycznych pomysłów, apeluje do teorii zdroworązsądkowych, powątpiewa - zachowuje jak rodzic wobec dziecięcych wymysłów. Udziela się także porad z piedestału własnego autorytetu i dorobku, czyli z pozycji w hierarchii zawodowej. Takiej postawie towarzyszy często wykpiwanie, przy czym kpina nie zawsze jest zrozumiała poza kręgiem rozbawionych dyletantów. Zwykle ten kto nie jest pewny z czego się śmiete, śmieje się najgłośniej. Takie postawy, zarozumiałe jak każdy paternalizm, jednocześnie wykazują zupełnie bez żenady braki w wiedzy tego/tej, który/a krytykuje lub paternalizuje. Innymi słowy - co autorytet wie, to poważne, sprawdzone, uprawomocnione, warte wiedzenia. To, czego nie wie - nie istnieje lub po prostu jest nieważne.

Taka postawa jest kultywowana przez szerokie grona polskich humanistów, którzy opowiadają publicznie i bez żenady, że ze względu na nadprodukcję badań po prostu nie czytają nowości z ich dziedzin - bo "robią swoje". Te nowości bywają nawet… pełnoletnie. Takie szczere wyznania można znaleźć nawet w wypowiedziach profesorów stołecznych uniwersytetów, jak w pewnym wywiadzie-rzecem wydanym stosunkowo niedawno przez Znak. Wstyd? Brak profesjonalizmu? Absolutnie nie. Postawa stricte naukowa.

[Tu przypomina mi się anegdota o pewnym profesorze, który po uzyskaniu habilitacji sprzedał wszystkie swoje książki, bo uznał, że nie będą mu już potrzebne. Został wszak profesorem. Ale wracając do rzeczy.]

Czytam oto esej, w którym jeden z gigantów polskiej teorii literackiej zabiera się za analizowanie literackich form wypowiedzi kobiet. Na wstępie - klasyczny chwyt w polskiej humanistyce - wskazuje się rodzimą genezę problematyki. W tym wypadku: już Baudouin de Courtenay interesował się zróżnicowaniem sposobów mówienia kobiet i mężczyzn. A później zajęły się tym feministyczne reformatorki języka. Czyli: my w Polsce już to przerabialiśmy, znamy to, nihil novi… Każdy nowy temat badawczy (bo problemów u nas raczej się nie bada, ale opisuje tematy), tudzież podejście metodologiczne, jest przyjmowane przez uczonych ze zblazowaniem, bowiem w polskiej humanistyce widzieliśmy już wszystko. I zapewne tak jest - jeśli nie w Nowych Atenach ks. Benedykta Chmielowskiego, to na pewno w humanistyce XIX-go wieku. Dowód - Jan Niecisław Baudouin de Courtenay (1845-1929)- jego życie i twórczość. Klęknijmy.

Ale obca nauka też jest ważna. W końcu nie jesteśmy intelektualnym zaściankiem. Więc chronologicznie wspomniano: feministyczne reformatorki języka. O kogo chodzi? Trudno dociec. Zapewne o Zachodnie reformatorki. Znacie takie? Ja nie znam, ale znam lingwistki inspirujące się teorią feministyczną. Brzmi inaczej? Może bardziej poważnie? I o to chodzi. Feministyczne reformatorki to jak emancypantki, jak nawiedzone działaczki społeczne. Lingwistki, uczone, badaczki - te określenia mają zdecydowanie inny walor wartościujący. A tak: wiemy o kogo chodzi - cokolwiek te panie piszą, są niepoważne. Nie ma co zawracać sobie nimi głowy. A tym bardziej czytać. Kto ma czas?

Czasem trzeba rzucić nazwiskiem, żeby pokazać, że się wie. Kurtuazyjnie więc autorytet wymienia jedną i chwali, żeby nie zostać posądzonym o seksizm. Zręcznie. Tą jedną jest Debora Tannen. Pisze się, że jest niekwestionowanym autorytetem. Dobre i to. Właściwie to ona nazywa się Deborah, ale - w sumie nie ma znaczenia. Rzecz redaktora. Prace feministycznych reformatorkek języka i innych uczonych piszących na ten temat pojawiają się w przypisach. Prace niekwestionowanego autorytetu, czyli Deborah Tannen - w postaci dwóch artykułów, w tłumaczeniu na polski. Niekwestionowany autorytet napisała 10 książek, ale to widać nie ma większego znaczenia. Reszta materiału w przypisach, czyli teksty do polemiki, to w większości zbiorki artykułów rodzimych autorów, które - spójrzmy szczerze - często są wtórne, omawiające, pisane pod presją czasu i na ocenę, przez - często choć to niestety nie reguła - niedoświadczonych badaczy płci obojga. Zbyt często są po prostu słabe. Ale taki materiał przyjmuje nasz autorytet za materiał do swojej polemiki.

Nie polemizuje zresztą bezpośrednio - ależ skąd. Kładąc prawicę na ramieniu młodszego rokującego uczonego, pisze: Jestem przekonany, że Z. K. w swym ciekawie pomyślanym i nader sugestywnym artykule ma pełną rację, gdy udziela takiej oto rady [!!! znajomy paternalizm, w tym wypadku dwupiętrowy] zajmującym się sprawami mowy feministkom:

‘feministki walczące [!] powinny mówić nie tyle o władzy języka, której podporządkowane jest nasze mówienie, co o tyranii języków lokalnie sprawujących władzę. To konwencje komunikacyjne, wzorce językowych zachowań zmuszają nas do zajęcia postawy wobec płciowości. Słowem: praktyka komunikacyjna.‘”

Co autorytet w tym wyczytał tak trafnego, nie mam pojęcia. Kto to są te walczące feministki? Strach na wróble? Zdaje się… Konia z rzędem, kto mi wytłumaczy, na czym polega wyższość tyranii języków lokalnie sprawujących władzę nad władzą języka, której podporządkowane jest nasze mówienie… Jedyne, co można wynieść z tego bełkotliwego wywodu to, że to PRAKTYKA komunikacyjna nas tyranizuje, a nie mówiące podmioty. To ONA zmusza nas do zajęcia postaw wobec płciowości. I już wszystko jasne. My jesteśmy niewinni - winni są oni. W tym wypadku praktyka, czyli kulturowa konwencja, która determinuje nas tak jak natura. No i oczywiście władza, bo przecież za komuny mężczyźni i kobiety cierpieli tak samo od opresji języka onych. Nierówne relacje płci zdają się naturalne i w ogóle nie warte dyskusji. Więc to chyba dlatego relacja władzy w relacji płci jest tak naturalna, że aż niewidzialna dla obu teoretyzujących? Od Boga dana, naturalna i historycznie potwierdzona… Dlatego z ich punktu widzenia to tylko władza polityczna jest konstruowana. Namaszczony i autorytet namaszczający wskazującym palcem wskazuje feministkom ich naturalne miejsce w “historycznej” hierarchii stworzenia. Siara? Nie! Kupujemy to? Autorytet kupił i namaścił cytatą.

Potem kolejny fajerwerk w części teoretycznej artykułu, takoż spod pióra namaszczonego, który przeniknął feministyczną lingwistykę. Autorytet cytuje za namaszczonym:

[n]ormatywność męskich stylów komunikowania się ma oparcie w historii […] jest to pewnego rodzaju [!] spadek po retoryce, która w czasach swojej największej świetności zdominowana była przez mężczyzn i przez męskie style mówienia. To przecież mężczyźni byli przez lata powszechnie podziwianymi mówcami, ich styl kształtował kanony i konwencje […] Sama możliwość publicznego mówienia przez lata była przywilejem wyłącznie męskim.

No to odkryliśmy Amerykę. Dżendery po polsku. Trzeba feministkom uświadomić, jak to było naprawdę… Z czego wynika ta sposób zarysowania argumentu? Problem nie tyle w obiektywność generalizacji rodem z "metodologii zdrowegorozsądku”, ale z kompletnego niezrozumienia, CO znajduje się w centrum problematki feministycznej krytyki języka. A żeby się o tym dowiedzieć, żeby nawiązać polemikę - trzeba czytać. Ta wiedza naprawdę nie jest szkodliwa. Nic od tego nie uschnie…

A więc niedouczony uczony średniego szczebla strzela historiozoficzną epikę, a wyrafinowany i światły autorytet podchwytuje i namaszcza. A jakież przy tym samozadowolenie…

I ostatni fragment, tym razem z części teoretycznej wybitnego autorytetu:

Po prostu: kobiety nie wygłaszały przemówień, chyba także gdy przyszło grać im - niezmiernie zresztą rzadko - męskie role społeczne, choćby wtedy, gdy zasiadały na tronie […]; przyznam, że nie słyszałem o wielkich mowach Kleopatry, Izabeli Katolickiej czu angielskiej Elżbiety I (wiadomo, że przemówienia Elżbiety II wygłaszane co roku w brytyjskim parlamencie pisze premier, a pani Thatcher była nim tylko przez 12 lat); nie ma niczego takiego również w polskiej tradycji, i to chyba nie tylko dlatego, że zabrakło rodzimych odpowiedników tych władczych kobiet.

To nie jest konfabulacja. To “Pamiętnik Literacki” sprzed kilku lat...

Męską rolą społeczną jest władanie, a kobiecą - bycie podwładną… Ojezu. Chwalmy się dyletanctwem, boć to żaden wstyd. Być może gdyby zacny profesor, autorytet moralny, przeczytał choć jedną z książek Deborah Tannen, to dowiedziałby się o mowach Elżbiety I, o pismach uczonych zakonnic, o nowożytnych kazaniach wygłaszanych przez wędrowne kaznodziejki w Anglii czy Stanach Zjednoczonych, w końcu o przemówieniach reformatorek feministycznych takich jak Elizabeth Cady Stanton z Seneca Falls Convention do czasów współczesnych, o wspaniałym przemówieniu Sojourner Truth Ain’t I A Woman (1851), o mowach Gabireli Mistral i wielu, wielu innych. Bo o Emmie Goldman, Rozie Luksemburg i Clarze Zetkin zdołał już zupełnie zapomnieć... No tak, to nie były kobiety tylko "oni". Są całe wybory pism kobiecych. Całe tomy o retoryce kobiet. Wystarczy wbić w googla. Jeśli ma się na tyle intelektualnej uczciwości.

Zresztą nie o historię tu chodzi, ale o manipulację w budowie argumentacji. O metody dyskredytacji teorii, badaczy i badań, które nam nie leżą. Dyskredytacji dyletanctwem. O to, że nawet naszym najmądrzejszym wydaje się, że z symbolicznym placem w … nosie mogą się rozprawić krytycznie z dorobkiem lekceważonego prądu metodologicznego, po to, żeby powiedzieć “coś o kobietach ale po swojemu, obiektywnie”. No i wychodzi po swojemu… Wstyd tylko, że na takim poziomie…