feministyczno-genderowo-queerowa mozaika myślowa
Zakładki:
kontakt:
O nas
Gender studies
.ORG
Queer
Źródła
Domownicy
Stali goście


Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
wtorek, 13 stycznia 2009
List z Zanzibaru: Salama ma zły dzień

salama ma zły dzień

 

salama ma złe dni. zaczęło się wczoraj - od rana pokrzykiwała gromko. słyszałam, jak kłóci się z ismailem, w murach swojego domku z tyłu ogrodu, skąd dobiegały przytłumione, niezrozumiałe słowa. potem zbiła miotełką z palmy asię, najstarszą córkę, która okropnie płakała. gdy zobaczyłam je parę kwadransów później na naszym wspólnym placyku przy drzwiach kuchennych, gdzie suszymy pranie, karmimy koty i siadujemy na schodkach lub na ławce przy piecu chlebowym, obie były zmęczone, spłakane, opuchnięte. po południu złoiła skórę abu bakarowi, swemu ukochanemu i najmłodszemu dziecku.  

 

o ile mogę sobie wyobrazić, że lanie mogło się abu należeć - oczywiście nie miotłą i nie z płaczem wniebogłosy - choć to miły i dobry dzieciak, to asi wedle moich obserwacji takie lanie na pewno się nie należało. jako najstarsza, dziesięcioletnia, córka swoich rodziców, asia pomaga w domu najwięcej. zmywa, pierze, zamiata. przynosi, odnosi, sprząta. obiera warzywa na obiad, ściera kokosy na wiórki, przesypuje przez sito mąkę i ryż. jest odpowiedzialna za swoje rodzeństwo, które nie może tułać się po okolicy ani swawolić bez umiaru. tylko z umiarem. do tego asia zwykle dwa razy dziennie maszeruje do szkoły - raz do podstawowej, raz do koranicznej. asia to anioł, o jakim marzyłaby co najmniej połowa europejskich matek hodujących leniwych, krnąbrnych i i jakże słodko rozpuszczonych nastolatków.

 

i choć uważam, że moja faworytka, asia, jest traktowana przez salamę zbyt surowo, żeby nie powiedzieć: niesprawiedliwie, to dzieci naszego stróża z całą pewnością są zadbane i kochane. bez dwóch zdań. ismail jest czuły wobec abu jak mój własny ojciec wobec mnie i mojej siostry, wzorem zresztą większości mężczyzn na zanzibarze i w afryce, którzy dzieci generalnie uwielbiają, tulą, noszą, pieszczą i zagadują milutkimi głosami. gdy salamie zdarzy się (rzadko) wyjść z domu, na przykład do swojej żeńskiej, weekendowej szkoły koranicznej, ismail lubi siadywać z dzieciakami przed bramą, na kamiennym murku i patrzeć sobie wspólnie na niebo i zachód słońca. ale na pewno to, że asia, abu i środkowa (przepiękna) mu, są dobrze ułożone i brykają w określonych granicach wynika z utrzymywanej przez ich rodziców dyscypliny.

 

sama czasami boję się salamy. jest cholernie mocna. i sroga. nie zajmuje się nigdy głupotami czy pierdołami. w przeciwieństwie do mnie.

wieczorem cicha już, zmęczona i spokojna (w smutku) salama siedziała na kamieniu przy bramie, sama, spowita w swoje wyjściowe, długie i czarne szaty. łaziłam z kajtkiem po ogrodzie i słuchałam jego wieczornej palplaniny o tym, co tu i ówdzie rośnie, gdzie zbiera wije, gdzie łapie jaszczurki, na której gałęzi się huśta i które owoce z których drzew lubi zjadać. spoglądałam na zgnębioną salamę i mówiłam jej: are you okey? wewe nzuri? wewe malaria? salama, furaha! (czy jesteś ok? ty dobrze? ty malaria? salama, radość!), a ona uśmiechała się słabo i mówiła, że okey. no bo co - i w jakim języku - miałaby mi powiedzieć?

 

nie wiem, co się stało wczoraj salamie. może jest w ciąży, której nie chce? może - wprost przeciwnie - poroniła? może ktoś w jej rodzinie choruje? może ona jest na coś chora? może ma okres? może wpadli w długi? nie mam pojęcia.

po tour de jardin, poszliśmy z kajtkiem nad ocean. mbweni riuns resort naprawił pomost wychodzący dość daleko w wodę i fajnie się z niego ogląda niebo (i morze), leżąc na prostujących kręgosłup, świeżo przyciętych oheblowanych deskach. muezzini  z okolicznych meczetów uderzyli z krótką pieśnią w megafony, obwieszczając zachód słońca i  czas najwyższy na modlitwę. ocean był gładki i płytki. przejrzysty. nieznaczne, pojedyncze  falki (jak tajemnicze podwodne zwierzęta) wysyłały na brzeg sygnały nadchodzącego przypływu. w oddali jaśniały oświetlone hotele i restauracje stone town, które nie wydawały się tego wieczoru puste i blichtrowe. do portu zmierzał ostatni prom z dar es salaam.

 

i drugi raz w życiu na wyraźną prośbę kajtka (pierwszy raz miał miejsce w nungwi, późnym wieczorem, w nowy rok, na plaży przy ognisku z wściekle bijącym oceanem o piach zaraz obok) zrobiliśmy coś zaskakującego. pomodliliśmy się.

na słowa syna: może się pomodlimy, mamo?, wpadłam w panikę, trwającą ułamek sekundy, w którym to ułamku stało się dla mnie jasne jak słońce, że formuła naszej pogńskiej modlitwy powinna przybrać formę dziękczynienia. dziękowaliśmy więc. matce naturze, boginiom i bogom. i trochę poprosiliśmy – na przykład o udany poród loli obamy (żeby zazdrosna ciapa nie pożarła jej noworodków) , a także o to, żeby salama nie była smutna  i nie biła z żalu swoich dzieci.

 

15:44, listyzpodrozy
Link Komentarze (3) »
sobota, 10 stycznia 2009
dyskryminujący kurs na prawo jazdy.

lekcje teoretyczne.

pan Krystian, pytany po raz 4 nie umie odpowiedzieć, kto ma pierwszeństwo na skrzyżowaniu. prowadząca kurs: no, panie Krystaianie, przecież facet z pana, faceci umieją jeżdzić, oni intuicyjnie wiedzą kto ma pierwszeństwo.

opowieści prowadzącej (i właścicielki szkoły za razem)o kursantach na egzaminie: no i wiecie państwo, wiadomo, niektórzy chłopcy oblewają naprawdę przez takie szczegóły, przecież jest jasne, że oni umieją jeżdzić, po prostu tylko nie wiedzą jak przkonać do siebie egzaminatora. wiadomo, jak to czasem jest niesprawiedliwe. 

gdy napotkała mój morderczy;) wzrok, dodała(orientując się chyba, że ma na sali 7 chłopców i 15 dziewcząt): ee, hmm, no oczywiście dziewczyny też umieją jeżdzić, yyy, mają taki dryg do tego.

dalej: no, wyobraźmy sobie, że jedziemy, pan panie Bartoszu prowadzi, co pan teraz zrobi? koleżanka siedząca obok nie podpowiada, ona sobie wyobraża, że siedzi obok pana Bartosza i się relaksuje, on tu podejmuje decyzje.

pan Bartosz nie dał rady ostatecznie, za to koleżanka, wybita w krzesło, nie pozbierała się do końca zajęć.

i jeszcze "smaczek" na koniec: ach, ta klimatyzacja, tak gorąco, no muszę coś z nią zrobić, ma tylko jedną zaletę, hihi, wszystkie panie się rozebrały.

hihi? dlaczego nie jest mi do śmiechu? gdzie ja żyję, gdzie ja trafiłam, w jakąś enklawę, gdzie wszyscy, którzy mają penisa, mają pierwszeństwo? co to ma do rzeczy? dlaczego ja, która jestem w tej samej sytuacji (wyjściowej, nigdy nie jeździłam), co mój znajomy chodzący na ten sam kurs, jestem atakowana takimi bzdurami? co to ma być? dlaczego wszyscy do okoła zatrzymali się na "płci mózgu" podczas kiedy już od tak dawna jest to pozycja nieaktualna w ogromnej mierze? czemu, do cholery, jakaś pani próbuje mi wmówić, że moja wagina jest odpowiedzialna za to, że gorzej sobie poradze na drodze? no litości! 

toteż czekam z niecierpliwością na jazdy i nie zapominam sobie codziennie powiedzieć: samochód jest twoją przyjaciółką. wsiądę i pojadę, pojadę tak, jak moja siostra cioteczna, bliska znajoma i jej matka, które jeżdżą świetnie i czerpią z tego radość i satysfakcję z niezależności. i nie dam sobie wmówić żadnego stereotypu i będę wypierać te bzdury, jakimi mnie karmią na tym kursie, i nawet nie zwrócę uwagi na podśmiewanie się mojego ojca z "mojej małej fanaberii"(czytać:kursu na prawo jazdy). osiągnę więc to, co mój znajomy, ale jakże inaczej będą wyglądały nasze doświadczenia. tu jest polska, r. 2009, wiek XXI. i tak to wygląda. trochę boli.

 

niedziela, 04 stycznia 2009
stając się mamą

tak, zaszłam w ciążę - planowaną, chcianą - to aspekt najbardziej osobisty, ogrom radości bo chciałam

aspekt mniej osobisty to znajomi dalsi lub bliżsi, dla których moja ciąża jest żywym dowodem na to, że nie jestem [już] feministką, a mój mąż stał się bohaterem narodowym, który poskromił feministkę i ją zapłodnił

żeby było bardzej ironicznie, to zaczynam się cieszyć, że nie mam zbyt wielu feministycznych znajomych w realu, bo z moim pechem usłyszałabym pewnie i z tej strony o zdradzie ideałów

tak jakby zawsze miał obowiązywać jeden model - jesteś katoliczką to siedź w domu i minimum szóstka dzieci, masz poglądy liberalne to jazda do roboty, bezdzietnie, a związek co najwyżej z partnerem - model "dwoje singli mija się w jednym mieszkaniu i widuje ewentualnie w weekendy", masz poglądy zupełnie lewicowe znaczy jesteś les

a jak nie pasujesz do żadnego schematu to się męcz

trzecią stroną, najbardziej publiczną jest to, jak traktuje się w tym kraju kobiety w ciąży

zdaję sobie sprawę, że na różnych forach pisze się o tym co boli, a nie co cieszy, ale obraz który powstaje nadal przeraża - np. jakiejś kobiecie w ciąży w aptece nie sprzedali jakiegoś lekarstwa uzasadniając, że jest w ciąży i może to zaszkodzi

i co temat to pocieszające wiadomości - od historii: każdy wie lepiej niż ciężarna, przez: urzędnik, aptekarz odmówił; każdy może dowolnie macać cię po brzuchu, po znieczulicę w autobusie

koleżanka właśnie urodziła córkę, wcześniej rozmawiałyśmy o wyborze szpitala, nic że akcja rodzić po ludzku, szpitale mają swoje standardy i żeby w szczecinie urodzić po ludzku to trzeba by zacząć akcję porodową w jednym a skończyć w trzecim - bo w jednym dają znieczulenie, w drugim można przynajmniej chwilę poleżeć w wodzie, a w trzecim nie nacinają 

przede mną jeszcze wycieczka do szkoły rodzenia - z opowieści koleżanek wiem, że obrazowo na gumce od weków pokażą mi dlaczego właśnie muszą mnie naciąć - już się cieszę

i świetne poradniki - twoje dziecko waży tyle co łyżeczka cukru [a ma tylko dwie kalorie - chciałoby się dodać], jest wielkości malinki

a nie można po ludzku - 20g 20 mm?? 

jeszcze przede mną jakieś siedem miesięcy, jak nie zwariuję to będę mamą