feministyczno-genderowo-queerowa mozaika myślowa


Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Blog > Komentarze do wpisu
po co komu równość w nauce?

Wprowadzenie parytetów na listach wyborczych jest ostatnio jednym z najgłośniejszych tematów. Równie emocjonująca dla mediów, a przede wszystkim dla środowiska naukowego, stała się propozycja, aby parytety wprowadzić również w radach naukowych. Rozgorzała dyskusja, grupa naukowczyń wystosowała nawet list, w którym stwierdziły, że parytet im ubliża. "Parytety nie gwarantują, że w szacownych gremiach zasiądą najlepiej przygotowane kobiety. Ten system bardzo szybko doprowadzi do sytuacji, w której promowane będą osoby nie tyle wybitne, ile statystycznie przydatne w procentowym reprezentowaniu określonej płci" - możemy przeczytać w liście otwartym.

Mnie, doktorce in spe, parytet nie ubliża. Mam 27 lat, doktorat w trakcie pisania, plany, marzenia, projekty naukowe. I świadomość, że w świecie nauki, w obecnym jego kształcie, dla kobiet zawsze coś jest kosztem czegoś innego. Życie prywatne i karierę naukową pogodzić można albo dzięki wsparciu partnera, albo nadludzkim wysiłkiem, albo po prostu po drodze z czegoś rezygnując.

Polska naukowczyni to jedna z największych ofiar modelu super-kobiety. Powinna wybijać się w pracy i, jeśli ma rodzinę, wypełniać domowe obowiązki. Być na bieżąco, aplikować o granty, zaliczać kolejne staże i zdążyć do przedszkola, gdzie czeka na nią dziecko. Nikt przecież nie powiedział, że w bardzo wykształconych rodzinach delegowanie obowiązków jest na porządku dziennym. Nie widzę tego, obserwując moje profesorki i starsze koleżanki. Nieczęsto mówi się, że heroizm to prawdziwy miernik naszego profesjonalizu. Naukowczynie się nie skarżą. Nie potrzebują też pomocy, bo przecież to one stawiają społeczne diagnozy. Są dzielne, zaciskają zęby i przyjmują męskie zasady gry. Nie popierają się również, bo przecież "nie płeć, tylko kwalifikacje". A statystyki są okrutne: w Polsce w 2006 roku na wyższych uczelniach mieliśmy więcej absolwentek niż abslowentów (65%). Absolwentki studiów doktoranckich stanowiły 49%, habilitantki 35%, profesorki zwyczajne 16%. Niewielki procent kobiet zajmował na uczelniach stanowiska decyzyjne. Brak statystyk na temat ich sytuacji rodzinnej. (por. Gender Budgeting as a Management Strategy for Gender Equality at Universities, Rothe, Erbe, Frohlich, Klatzer et al). Zwraca uwagę stosunkowo wysoki stopień wykształcenia kobiet oraz ich udział w życiu akademii przy równoczesnym braku jakichkolwiek działań afirmacyjnych. W tym kontekście dziwi założenie autorek listu otwartego, że kobiety wybierane do rad naukowych będą miały niższe kwalifikacje.

Sytuacja w nauce ciągle się zmienia, jednak nie zawsze na naszą korzyść. Obecnie wzrastają wymagania dotyczące konkurencyjności, efektywności i osiągnięć. Wyczytać to można z pisanego w iście menadżerskim stylu projektu reformy szkolnictwa wyższego. Jeśli za tymi zmianami nie pójdą jednak inicjatywy równościowe, kobiety, niestety, ale będą z tego wyścigu odpadać. Gdy one decydować się będą na urlop macierzyński, ich koledzy zdobędą kolejne punkty w naukowym cv. Co więcej, projekt reformy zakłada wprowadzenie kontraktowego zatrudniania nauczycielek i nauczycieli akademickich oraz obowiązkowe oceny postępów naukowo-dydaktycznych prowadzone co 2 lata oraz przed końcem umowy. Patrząc na częste lenistwo intelektualne na polskich uczelniach wydaje się to słusznym założeniem, jednak zaostrzenie kryteriów to w przypadku kobiet zaostrzenie podwójne - prywatne i zawodowe. Planowane jest również uelastycznienie zarobków poprzez tzw. projekty miękkie (granty naukowe i dydaktyczne). Co jednak z zarobkami kobiet przebywających na urlopach macierzyńskich?

No właśnie - dziecko. W życiu naukowczyni najlepszy moment na jej/jego urodzenie, to okres zaraz po obronie doktoratu, przed rozpoczęciem pracy nad habilitacją. Mija wtedy najbardziej intensywny okres pisania, sytuacja jest w miarę ustabilizowana, może nawet dostanie się etat na uczelni. W dyskusji pomija się bowiem jeden niezwykle istotny dla ich młodych naukowczyń fakt: w Polsce wprowadzono proces boloński. Znikają również konkursy asystenckie. Jedyną drogą podjęcia pracy naukowej są dzisiaj studia doktoranckie. To z nich, w założeniu, ma się rekrutować przyszła kadra. Z powodów finansowych, ale również niejasnego określenia przez ustawodawcę źródła, większość uczelni, szczególnie na kierunkach humanistycznych, nie wypłaca stypendiów doktoranckich. Dzisiejsze doktorantki to kobiety pracujące na dwóch etatach: naukowym (nieodpłatne zajęcia ze studentkami i studentami realizowane w ramach praktyk, pisanie doktoratu, rozwój naukowy) i zawodowym (pełnoetatowa praca poza uczelnią). Niektóre z nas godzą to wszystko z macierzyństwem. Faktycznie, jak mówią przeciwniczki parytetów, rozwiązanie to kwestionuje możliwości intelektualne kobiet. Dodać można, że szczególnie te rozwijane poprzez ślęczenie nad książkami po nocach.

W nauce jak na dłoni widać efekty przemocy symbolicznej wobec kobiet. Nie jest nam łatwo, niezależnie czy na kierunkach ścisłych, czy niby-sfeminizowanych kierunkach humanistycznych. Piszę "niby", gdyż po przejrzeniu statystyk okazuje się, że sfeminizowane są głównie niższe stanowiska naukowo-dydaktyczne. Może więc pora, żebyśmy zauważyły, że niezależna czysta nauka nie istnieje. Mitem jest apolityczność i obiektywizm, a rzekoma racjonalność systemu jest dyskryminująca. Doskonale przecież wiemy, że klasyfikowanie zachowań jako (nie)racjonalne to najprostszy sposób dyscyplinowania. Dlaczego więc, paradoksalnie, tak wielu mądrym kobietom tak trudno jest przemówić własnym głosem?

poniedziałek, 17 sierpnia 2009, la_confiance_en_soi

Polecane wpisy

  • polityka pro-rodzinna

    jedynym zagrożeniem dla Prawdziwej Polskiej Rodziny jest naturalnie nienaturalny związek partnerski nie będzie legalizacji związków partnerskich to nie będzie p

  • się dzieje

    hmm czy to już spisek? bo jak nie czytamy/słuchamy o wstrętnych ciężarnych które naciągają państwo na macierzyński to dowiadujemy się o "wózkowych" [polecam mąd

  • Komu wolno więcej?

    Od kilku dni cała Polska żyje sprawą Romana Polańskiego, zatrzymanego w Szwajcarii na mocy listu gończego wydanego przez Stany Zjednoczone. W całej dyskusji pub

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/08/17 14:02:21
Bardzo ciekawy wpis. Chciałabym dodać garść swoich przemyśleń.

Urodziłam swoje dziecko dwa miesiące po obronie mojej pracy doktorskiej. Ponieważ byłam na studiach doktoranckich w momencie uzyskania stopnia doktora straciłam stypendium (w sumie 3 miesiące bez dochodów) i nikogo poza moja promotorką to nie interesowało. Miesiąc po urodzeniu dziecka zaczęłam pracę na stanowisku asystenckim, bez prawa do urlopu macierzyńskiego (etat nie jest ciągłością studiów) - mimo tego, że wcześniej 4 lata pracowałam tak jak każdy inny pracownik - dydaktyka, publikacje, badania, konferencje, granty, szkolenia itd.
Po 3 latach zrezygnowałam - nie udało mi się pogodzić bycia naukowcem, matką i żoną. Teraz zawodowo realizuje się mój mąż, a ja jestem szczęśliwą panią domu.

Uważam, że parytety w nauce nic nie zmienią dopóki chory jest system promujący nepotyzm czy ludzi z dorobkiem naukowym, którzy nie mają za grosz talentów dydaktycznych czy organizacyjnych, przyznawanie grantów po znajomości. Tu przypomina mi się mój wniosek o grant promotorski, odrzucony z uzasadnieniem, które zawierało więcej błędów merytorycznych niż wikipedia.

Całkowicie zgadzam się z ostatnim akapitem notki. Dodałabym do tego jeszcze fakt, że niestety często zdarza się, że kobiety na wyższych stanowiskach w stosunku do swoich młodszych koleżanek są bardziej dyskryminujące niż ich koledzy.
-
2009/08/18 04:07:18
La confiance - bardzo ciekawy wpis. Iza Kowalczyk napisala kiedys caly tekst do Katedry na podobny temat. Widac, niewiele sie zmienilo przez 10 lat...

Cytujesz list podpisany przez uczone-ktorym-uwlacza:
"Parytety nie gwarantują, że w szacownych gremiach zasiądą najlepiej przygotowane kobiety. Ten system bardzo szybko doprowadzi do sytuacji, w której promowane będą osoby nie tyle wybitne, ile statystycznie przydatne w procentowym reprezentowaniu określonej płci"

Pusty śmiech ogarnia, bo od kiedy w nauce polskiej promowane są osoby *wybitne*, a nie - *przydatne*? Ktoś chyba nie zauważył jednej ważnej konsekwencji wprowadzenia studiów doktoranckich w Polsce - że konkurencyjność na studiach rzadko przekłada się na standardy polityki zatrudnieniowej na uczelniach. Z moich obserwacji wynika, że zatrudniani zostają nie tyle najlepsi, co najbardziej przydatni z punktu widzenia szefa zakładu wnioskującego o etat. Hipokryzja tego paragrafu z listu jest naprawdę żenująca.

A jeśli chodzi o te wybory, super-kobiecość itp. Włożyłaś kij w mrowisko i mam nadzieję, że będzie ciekawa dyskusja.

Ja chciałam dodać dwie obserwacje - po pierwsze, wiele uczonych z nikłym dorobkiem - i z dziećmi - jest w stanie robić kariery o tyle, o ile zmieszczą się w systemie. Jeśli uda im się uzyskać doktorat-habilitację a jednocześnie udowodnić, że są niezastąpione, bo zajmują się zakładowymi "michałkami" - godziny za kolegów, sekretarkowanie szefowi zakładu, itp. to sobie świetnie radzą. Czasami oczywiście wylatują i są zastępywane młodszymi modelami. Ale to nie jest grupa, która się specjalnie skarży na seksizm, bo przez jakiś czas na takim seksizmie żeruje. I zdaje mi się, że z takiej grupy rekrutują się autorki tego listu.

Inna sprawa, to dyskryminacja, jaką bezdzietne uczone wykazują wobec tych, które się decydują na dziecko, zwłaszcza na wczesnym etapie kariery. Ale to póki co temat tabu, także w polskim feminizmie. Tak mi się zdaje. To się zdarza, ale o tym się nie mówi. A jest to także przemoc symboliczna, tym razem kierowana przez kobiety-uczone bezdzietne, często określające się jako feministki, przeciw tym, które wybrały i karierę, i dziecko.

A dla nabrania perspektywy: w Stanach na wielu uczelniach co najmniej raz w roku graduate school organizują kursy - macierzyństwo w akademii. Poradnictwo jest oczywiście w większości ośrodków dostępne. Promotorzy pytają studentki-studentów, czy planują założenie rodziny i *radza*, a nie zniechęcają, pomagają wybrać stosowny okres na dziecko. I jeśli widać tu jakiś trend, to właśnie do zakładania rodzin, bo rodziny przynajmniej w jakiś sposób zdejmują "szaleństwo" konkurencyjności, pozwalają uczonym mieć normalne życie. Dlatego to na studiach doktoranckich rodzi się tyle dzieci, ale też grad schools w bardzo wielu wypadkach pomagają swoim studentom dając im np. przedłużenia studiów - jeśli tego potrzebuja. Ale wielu nie potrzebuje. O włączaniu ojców-uczonych-doktorantów w proces wychowawczy + urlopowania nawet nie będę wspominać. To się tutaj wydaje nie tyle rzeczą wyboru, co elementem struktury - oboje rodzice są odpowiedzialni za dziecko, a więc część karier obojga powinna być podporządkowana temu celowi. Ten trend nie jest od zawsze, rzecz jasna. To kolejny paskudny wymysł ery politycznej poprawności i feminizmu (wyboru).

Ciekawa jestem innych głosów w tej dyskusji i dzięki za Twój wpis.
-
2009/08/18 10:11:02
W moim tekście zabrakło wielu ważnych elementów: seksizmu na uczelniach, molestowania seksualnego, degradowania ambitnych kobiet do roli sekretarki w komisji rekrutacyjnej, kolesiostwa (częściej jednak niż koleżankowstwa), braku solidarności itp itd. Temat jest rozległy, dlatego absolutnie nie rozumiem, dlaczego środowisko, z którego wywodzi się tak wiele feministek, milczy na temat swojej własnej sytuacji.

Alu, myślę, że pracownice uczelni zajmujące się zakładowymi michałkami, po pierwsze, tak jak piszesz, z seksizmu korzystają. Ale też one go bardzo często nie widzą. To takie naturalne, że korzysta się z uroków kobiecości. Jest się miłą i wtedy wszystkim miło się pracuje. A że przy okazji w równie uroczy sposób podaje się kawę na konferencjach, no cóż... Przecież to też takie naturalne...

Ciekawe w tym kontekście są badania Lucyny Kopciewicz na temat roli jaką na uczelni/ w nauce widzą dla siebie studentki i studenci. Oni zaznaczają swoje miejsce, wypowiadają się, są w nauce po to by zmieniać, artykułować jakieś stanowisko. Dziewczyny opisywały swoją rolę poprzez takie słowa jak: obserwować, opisywać. To jest to samo wyciszanie głosu, co wszędzie.

Polska nauka jak ognia boi się inicjatyw równościowych. Czysta wiedza zawieszona gdzieś pod sufitem i mityczne wybitne zdolności, które jakoby płci nie posiadają... Feminizm tak, bo to nowoczesne, ale też pod warunkiem, że jako szkoła metodologiczna, sposób interpretacji literatury..

A co do porównań z USA. Wsparcie dla rodzicielstwa? Przecież u nas to jest ciągle albo-albo. Albo rodzisz dzieci, albo zostajesz bezdzietną naukowczynią, koniecznie w okularkach w rogowej oprawce i podstrzyżoną a la Szczuka. To stereotyp, ale żywy...
-
2009/08/18 13:37:53
La Confiance - oczywiście masz racje.

Polskie uniwersytety to nie tyle korporacje ucznych (i mam tu na myśli raczej średniowieczne, a nie XX-to wieczne znaczenie tego terminu; korporacja jako instytucja kolegialna, stąd college), ale raczej skostniałe, hierarchiczne instytucje typu feudalnego. I nie jest to bynajmniej iwektywa, bo powtarzam tylko to, co wielokrotnie słyszałam od profesorów - uniwersytet to instytucja feudalna i albo się z to akceptuje, abo trzeba odejść. W takim kontekście też można patrzeć na "miejsce kobiet" w polskiej akademii.

Na polskich uniwersytetach rewolucji 1968 roku nie było (poza wyrzuceniem uczonych żydowskiego pochodzenia, co było ekscesem dyskryminacji); i takiej rewolucji nie będzie, bo kto miałby ją zrobić? Doktoranci, którzy walczą pomiędzy sobą o etaty? Studenci, których interesem jest raczej dostać dokument potwierdzający kwalifikacje, niż wiedzę, która im daje te kwalifikacje? Widzę bardzo nikłe szanse na wprowadzenie zmian równościowych. Może kosmetyczne, żeby dobić do statystyk europejskich, bo to jest zawsze miarodajne - cyferki w kontekście międznarodowym.

I wiesz, ja zawsze mam wątpliwości co do nieświadomości obu płci w demonstracji seksizmu... Przeciwnie, jestem pewna, że jeśli ktoś demonstruje określone poglądy (tutaj: afirmacje swojego podporządkowania), to właśnie świetnie zdaje sobie sprawę ze swoich poglądów. Może nie nazywać swojej postawy "seksizmem", ale np. "prawdziwą kobiecością", ale świetnie rozumie, że ta postawa opiera się na relacji klientelnej, na podporządkowaniu, na serwilizmie. Nawet jeśli tego nie mówi głośno, to zwykle w dyskusji łatwo wyciągnąć potwierdzenie rozumienia serwilistycznego statusu - i zażenować taką piewczynię "własnego miejsca". Ale to już inna sprawa - kto chce się konforntować z profesorką/profesorem, którzy mają wyraźne poglądy na kwestie relacji płci? Doktorant/ka czy adiunkt/ka z zależności lennej? Student/ka przed zaliczeniem? Oczywiście że nie. I kółko się zamyka - nawet Ci, co nie zgadzają się z normami, dla świętego spokoju i własnego dobra trzymają język za zębami (w najlepszym razie), lub przyjmują poglądy większości (w najgorszym).

To się nazywa hipokryzja i konformizm, ale tego chyba dużo we wszelkich instytucjach naukowych...
-
2009/08/18 13:44:03
I z nieco innej bajki - zobacz, kto popiera parytet dla kobiet:
wyborcza.pl/1,75248,6936354,Arcybiskup__Bede_glosowal_na_kobiety.html

Kościół katolicki - Big Daddy... I cool. Będziemy mieć w polsce tzw. "nowy feminizm" czyli feminizm katolicki.
www.ckid.pl/content/view/167/37/

Zmiany równościowe?
-
2009/08/18 22:29:20
zastanawiam się, czy chociaż te kosmetyczne, instytucjonalne zmiany, to nie jest już jakiś pierwszy krok. istnieją konkretne badania (np. budżetu uczelni) i rekomendacje dla polskich uniwersytetów. materiał jest oporny, ale nie wiem jak go inaczej cywilizować. nie zawsze da się wziąć unijną kasę a za unijne wartości podziękować.

a co do tej innej bajki, to przepraszam że co??? a czy w ramach katolickiego feminizmu można oczekiwać rozliczenia hierarchów z 2 tysięcy lat ugruntowywania patriarchatu?
-
2009/08/18 22:57:35
ciekawy komentarz na temat wizyty organizatorek Kongresu Kobiet u biskupa:
www.feminoteka.pl/readarticle.php?article_id=732
-
2009/08/18 23:55:54
La Confiance,

Wiesz, ja bardzo często słyszę w Polsce właśnie ten argument - że małe kroki, że od czegoś trzeba zacząć, że z czasem wiele się zmieni... I rozumiem to. I - można nawet powiedzieć - zgoda! Bo cóż innego powiedzieć...

Ale z drugiej strony, gdy się obserwuje proces równouprawnienia w nauce (choć nie tylko) w innych miejscach na świecie, to się widzi, że równouprawnienie płci to nie jest po prostu bezwarunkowy *postęp*. Wiesz sama, że mówi się o backlashu w kontekście feminizmu i feminizacji. Backlash pokazuje się w Polsce jako coś, co się stało w pewnym momencie w historii - początek lat 90-tych (np. Graff). I że ten polski backlash się pokrył z backlashem światowym. Tyle, że w feminizmie światowym mówi się w tej chwili o serii backlashy, nie tylko o jednym...

Skąd więc u nas taki optymizm, że pewnego dnia ktoś inny pomoże nam, lub wręcz nas zmus,i żeby rozwiązać problem równouprawnienia? Dlatego, że "nie da się odwrócić koła historii", lub "ogólnych trendów cywilizacyjnych"? Przecież takie myślenie skompromitowana dialektyka historczna. Naprawdę w to wierzymy? W świecie po Hitlerze i Stalinie...?

Ja nie wierzę. Nie wierzę w skuteczność kosmetycznych zmian. Natomiast wierzę w potęgę "dostosowania", w skuteczność strategii "robienia pozorów" bez gruntownej zmiany sposobu myślenia. Wierzę dlatego, bo mam wrażenie, że to jest właśnie doświadczenie z transformacją - zmienił się system i część społeczeństwa wykształciła w sobie takie cechy, które pomagają odnieść indywidualny sukces w gospodarce rynkowej. Zmienił się system na demokratyczny, ale czy społeczeństwo przez 20 lat nauczyło się - mimo rzekomej intensywnej reedukacji - wartości demokratycznych, tolerancji, wspólnotowości, poczucia prawa i sprawiedliwości społecznej, wreszcie - poczucia równości? Nie bardzo. I nie jest to, jak już wiemy, kwestia *wyłącznie* starszego pokolenia, które "musi umrzeć". Młode pokolenie ma prawdopodobnie jeszcze większe problemy z wartościamy demokratycznymi, niż starsze. Bo jak pogodzić zasady równości społecznej i tolerancji z makiawellicznym instrumentalnym traktowaniem innego w gospodarce rynkowej? A kapitalizm, jak wiemy, może świetnie sobie radzić nie tylko w ustroju demokratycznym, ale i w autorytarnym, a nawet totalitarnym czy monarchicznym... Problem nierówności płci, to problem z demokracją. A to, że uniwersytety - rzekome bastiony wartości humanistycznych (czy demokratycznych też???) - w ten sposób podchodzą do problemu równości płci mówi sam za siebie...
Kosmetyka może pomóc zrobić lifting, ale nie zmieni oblicza polskiej nauki.

I dzięki za link do feminoteki. :)
-
2009/08/19 11:22:30
polskie społeczeństwo nie wykształciło w sobie tolerancji, szacunku do innych osób, ale też samo z siebie tego nie zrobi. niestety, tylko edukacja, zmiany instytucjonalne i tłumaczenie do upadłego dlaczego tak, a nie inaczej. Masz rację, że to problem z demokracją. I jest fatalnie. Z pełną odpowiedzialnością mówię to jako osoba, która edukacją się zajmuje. I nie tylko z demokracją, w ogóle z empatią. Zdarzyło mi się już tak, że film antydyskryminacyjny dotyczący osób z niepełnosprawnościami wywoływał salwy śmiechu. Grupę stanowili młodzi mężczyźni (20-21lat), przyszli nauczyciele...

Edukacja to są małe kroki, uświadamianie, dlaczego pewne słowa ranią, czym jest androcentryzm,heteronormatywność, czasem to tylko sygnalizowanie problemu. Jeśli to instytucja, chodzi o to, żeby byli świadomi uwzględniania pewnych problemów. tylko tyle i aż tyle, bo pracujemy na dobrą sprawę na nieskażonym wiedzą i refleksją gruncie.

Z pustego i Salomon nie naleje... W instytucjach urzędnicy i urzędniczki informowani są, że od teraz uwzględniany musi być wpływ danego działania na kwestię równości kobiet i mężczyzn. I wcale im się to nie podoba.Znajdują mnóstwo kruczków, obejść, albo odhaczają rubrykę 'nie dotyczy'. Pamiętam spotkanie z przedstawicielami gmin z mojego województwa, na którym pani z ngo w końcu powiedziała "Szanowni Państwo, jak Państwo nie uwzględnią w tym wypadku perspektywy oddziaływania na mieszkanki waszych gmin, to kasy nie będzie". I zapadła cisza. To jest dramat. I naprawde nie widzę innej drogi niż wymuszenie pewnych zmian poprzez odgórne decyzje, nakazy i zakazy. To jest technika małych kroków, bo póki co nie prowadzi do zmiany społecznej, ale daje nam jakąkolwiek możliwość działania.

Zmiany instytucjonalne, wymuszone przez unię i przepisy,nie zmienią świadomości. W 89 roku proces demokratyzacji i wprowadzenia kapitalizmu przedstawiano jako tożsame i nieuniknione. Równouprawnienie nie ma takiego pijaru, nie jest odbierane jako coś naturalnego, czego w procesie ewolucji nie da się uniknąć. To jest proces na lata...

Zmiany instytucjonalne dają nam jednak punkt zaczepienia. W szkolnictwie wyższym da to może chociaż tyle, że ciężarnej doktorantce, której udzielony zostanie urlop dziekański, automatycznie nie będzie przepadało prawo do przedłużenia studiów o rok. Albo może przestaniemy przegrywać w wyścigu o stypendia i granty, bo akurat byłyśmy na urlopie macierzyńskim. To jest kosmetyka, która nie sprawi, że panowie profesorowie protekcjonalnie traktować swoje koleżanki, ale trochę nam to ułatwi życie. I może będzie zaczynem do dalszych zmian. Mimo wszystko...
-
2009/08/19 23:46:09
La Confiance,

Rozumiem źródła takej umiarkowanej postawy, ale szczerze mówiąc dziwię się tej ciągłej "romantycznej" postawie siłaczek. To nie jest wcale paradoks: romantyczna siłaczka. Pozytywizm, czyli modernizacja 'małymi kroczkami' i pracą u podstaw nauczyła Polaków bardzo niewiele. I - jak często piszę - Stasie Bozowskie pomarły na gruźlicę w swojej romantycznej walce o nowoczesność w domu i zagrodzie. Modernizacja w Polsce przyszła odgórnie, a nie oddolnie. I, niestety, nie sami Polacy ją sobie zrobili, ale dostali od zaborców - przynajmniej w Prusach i w Galicji. Jakkolwiek nas uczą nasi wspaniali nauczyciele historii i polskiego.

I naprawdę dziwię się, że w 150 lat po fiasku tego "oddolnego" procesu modernizacyjnego słyszy się nadal: małymi kroczkami, powolutku, trzeba generacji. Czy się nie dostrzega tego, że "małe kroczki" i "generacje na zmiany" zagwarantują tylko jedno - wleczenie się we wiecznym ognie?

Wiesz, mam podejrzenia, że postawa - "małych kroczków" to nic więcej tylko kolejny przejaw polskiego konserwatyzmu, tym razem wśród tych, którzy są nastawieni na zmiany. Taki paradoks, którego psychologicznie nie potrafię wytłumaczyć inaczej, niż obawą, żeby przede wszystkim się nie wychylać...

I wiesz, zastanawiam się jeszcze, ile lat i pokoleń wymagałaby reedukacja tej pani ze Szczecina, która wymyślała swojemu sąsiadowi od pedałów? A wyrok skazujący ją na zapłacenie 15 tys. złotych zamknie jej gębę. I nie ma znaczenia, co sobie będzie myśleć. Zresztą jeśli Marks miał rację, że byt określa świadomość, a 20 lat kapitalizmu w Polsce przekonuje że jednak miał ;), to ta pani bardzo mocno się zastanowi, zanim kolejny raz chlapnie językiem seksistowską inwektywę, bo znowu zbiednieje o półtora tysiąca...

I to jest zmiana strukturalna. Podobnie jak parytety. Podobnie jak wymuszenie zmian standardów zatrudnienia na uczelniach wyższych poprzez prawne wyrugowanie kolesiostwa i nepotyzmu. Poprzez wymuszenie i wprowadzenie rzeczywistych i jawnych konkursów. Poprzez monitorowanie zasad przyjmowania do pracy na uczelniach. Poprzez wprowadzenie prawdziwych obiektywnych recenzji i ewaluacji dorobku. Poprzez wyrównywanie szans ze względu np. na płeć.

*To wszystko powinno się opierać o wyraźne zasady prawne.* I jeśli ktoś miałby jakiekolwiek wątpliwości co do prawidłowości procesu zatrudniania - powinien iść do sąd. Skarżyć nepotyzm. Skarżyć kolesiostwo. Skarżyć mobbing. Skarżyć "pracę za seks". Skarżyć dyskryminację. I sądy powinny wydawać wyroki w tej sprawie, a instytucje wyrzucać pracowników, którzy skorumpowanych pracowników. I lobby studencko-doktoranckie powinno wpływać na legislaturę na szczeblu państwowym, na profesurę skłonną do reformy systemu edukacji, który wlecze się w światowym ogonie właśnie ze względu na konformizm, na własne władze uniwersyteckie. Na Zachodzie te zmiany nie przyszły, bo jednemu pokoleniu w ciągu kilku lat zmieniła się świadomość... Wywalczono je właśnie takimi sposobami, nawet bardziej radykalnymi, jak wiadomo.

To są zmiany strukturalne. W państwie praworządnym, którym z pewnością jest Polska. To jest egzekwowanie zmian strukturalnych. Edukacja - swoją drogą. Przerabiajmy Polaków na aniołów. Ale edukacja to jedno. Prawo, praworządność, prawne zapobieganie dyskryminacji i korupcji - to drugie. Ale dopóki nie będzie nam się chciało domagać się, uzyskiwać i egzekwować tych praw - dopóty będziemy drobić małymi kroczkami przez pokolenia w drodze do poprawy sytuacji i zadowalać się małym, w nadziei, że z czasem "coś się zmieni". Np. świat. A jak świat, to i my...

Ciepło,
-
2009/08/20 12:06:43
Przepraszam, ale zmuszona jestem zmienić temat. Dzisiejsza "Rz" opublikowała artykuł o zmianach w jesiennej ramówce TVP, w tym m.in.:
"Zadebiutuje także program analizujący wydarzenia polityczne, gospodadcze i polityczne z kobiecego punktu widzenia - "U fryzjera"."
Powaliło mnie.
-
2009/08/20 17:21:38
Agnieszko - i słusznie Cię powaliło. Mnie też... 8[
-
2009/08/31 12:12:18
Zgadzam się ze wszystkim co tu napisano:)
Mam tylko jedną uwagę - na temat USA - od tamtejszej naukowczyni usłyszałam takie zdanie: "nie da się mieć dzieci i zrobić kariery naukowej", a więc nie jest tak różowo.
-
2009/09/01 03:15:38
Da się. Nawet kilkoro.
-
2009/09/01 11:30:53
Agnieszko - w takim razie, jak dyskutują mężczyźni powinno się nazywać "przy piwie":)