feministyczno-genderowo-queerowa mozaika myślowa


Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Blog > Komentarze do wpisu
jak pisać o problemach feministycznych bez znajomości teorii feministycznych

Jest kilka postaw, które “patriarchalny autorytet”, zwykł przyjmować wobec tematów, teorii lub badaczek feministycznych. Przy czym takim “patriarchalnym autorytetem” może być zarówno mężczyzna lub kobieta. Dominującą postawą jest paternalizm. W sposób bardziej lub mniej delikatny demonstruje się sceptycyzm wobec feministycznych pomysłów, apeluje do teorii zdroworązsądkowych, powątpiewa - zachowuje jak rodzic wobec dziecięcych wymysłów. Udziela się także porad z piedestału własnego autorytetu i dorobku, czyli z pozycji w hierarchii zawodowej. Takiej postawie towarzyszy często wykpiwanie, przy czym kpina nie zawsze jest zrozumiała poza kręgiem rozbawionych dyletantów. Zwykle ten kto nie jest pewny z czego się śmiete, śmieje się najgłośniej. Takie postawy, zarozumiałe jak każdy paternalizm, jednocześnie wykazują zupełnie bez żenady braki w wiedzy tego/tej, który/a krytykuje lub paternalizuje. Innymi słowy - co autorytet wie, to poważne, sprawdzone, uprawomocnione, warte wiedzenia. To, czego nie wie - nie istnieje lub po prostu jest nieważne.

Taka postawa jest kultywowana przez szerokie grona polskich humanistów, którzy opowiadają publicznie i bez żenady, że ze względu na nadprodukcję badań po prostu nie czytają nowości z ich dziedzin - bo "robią swoje". Te nowości bywają nawet… pełnoletnie. Takie szczere wyznania można znaleźć nawet w wypowiedziach profesorów stołecznych uniwersytetów, jak w pewnym wywiadzie-rzecem wydanym stosunkowo niedawno przez Znak. Wstyd? Brak profesjonalizmu? Absolutnie nie. Postawa stricte naukowa.

[Tu przypomina mi się anegdota o pewnym profesorze, który po uzyskaniu habilitacji sprzedał wszystkie swoje książki, bo uznał, że nie będą mu już potrzebne. Został wszak profesorem. Ale wracając do rzeczy.]

Czytam oto esej, w którym jeden z gigantów polskiej teorii literackiej zabiera się za analizowanie literackich form wypowiedzi kobiet. Na wstępie - klasyczny chwyt w polskiej humanistyce - wskazuje się rodzimą genezę problematyki. W tym wypadku: już Baudouin de Courtenay interesował się zróżnicowaniem sposobów mówienia kobiet i mężczyzn. A później zajęły się tym feministyczne reformatorki języka. Czyli: my w Polsce już to przerabialiśmy, znamy to, nihil novi… Każdy nowy temat badawczy (bo problemów u nas raczej się nie bada, ale opisuje tematy), tudzież podejście metodologiczne, jest przyjmowane przez uczonych ze zblazowaniem, bowiem w polskiej humanistyce widzieliśmy już wszystko. I zapewne tak jest - jeśli nie w Nowych Atenach ks. Benedykta Chmielowskiego, to na pewno w humanistyce XIX-go wieku. Dowód - Jan Niecisław Baudouin de Courtenay (1845-1929)- jego życie i twórczość. Klęknijmy.

Ale obca nauka też jest ważna. W końcu nie jesteśmy intelektualnym zaściankiem. Więc chronologicznie wspomniano: feministyczne reformatorki języka. O kogo chodzi? Trudno dociec. Zapewne o Zachodnie reformatorki. Znacie takie? Ja nie znam, ale znam lingwistki inspirujące się teorią feministyczną. Brzmi inaczej? Może bardziej poważnie? I o to chodzi. Feministyczne reformatorki to jak emancypantki, jak nawiedzone działaczki społeczne. Lingwistki, uczone, badaczki - te określenia mają zdecydowanie inny walor wartościujący. A tak: wiemy o kogo chodzi - cokolwiek te panie piszą, są niepoważne. Nie ma co zawracać sobie nimi głowy. A tym bardziej czytać. Kto ma czas?

Czasem trzeba rzucić nazwiskiem, żeby pokazać, że się wie. Kurtuazyjnie więc autorytet wymienia jedną i chwali, żeby nie zostać posądzonym o seksizm. Zręcznie. Tą jedną jest Debora Tannen. Pisze się, że jest niekwestionowanym autorytetem. Dobre i to. Właściwie to ona nazywa się Deborah, ale - w sumie nie ma znaczenia. Rzecz redaktora. Prace feministycznych reformatorkek języka i innych uczonych piszących na ten temat pojawiają się w przypisach. Prace niekwestionowanego autorytetu, czyli Deborah Tannen - w postaci dwóch artykułów, w tłumaczeniu na polski. Niekwestionowany autorytet napisała 10 książek, ale to widać nie ma większego znaczenia. Reszta materiału w przypisach, czyli teksty do polemiki, to w większości zbiorki artykułów rodzimych autorów, które - spójrzmy szczerze - często są wtórne, omawiające, pisane pod presją czasu i na ocenę, przez - często choć to niestety nie reguła - niedoświadczonych badaczy płci obojga. Zbyt często są po prostu słabe. Ale taki materiał przyjmuje nasz autorytet za materiał do swojej polemiki.

Nie polemizuje zresztą bezpośrednio - ależ skąd. Kładąc prawicę na ramieniu młodszego rokującego uczonego, pisze: Jestem przekonany, że Z. K. w swym ciekawie pomyślanym i nader sugestywnym artykule ma pełną rację, gdy udziela takiej oto rady [!!! znajomy paternalizm, w tym wypadku dwupiętrowy] zajmującym się sprawami mowy feministkom:

‘feministki walczące [!] powinny mówić nie tyle o władzy języka, której podporządkowane jest nasze mówienie, co o tyranii języków lokalnie sprawujących władzę. To konwencje komunikacyjne, wzorce językowych zachowań zmuszają nas do zajęcia postawy wobec płciowości. Słowem: praktyka komunikacyjna.‘”

Co autorytet w tym wyczytał tak trafnego, nie mam pojęcia. Kto to są te walczące feministki? Strach na wróble? Zdaje się… Konia z rzędem, kto mi wytłumaczy, na czym polega wyższość tyranii języków lokalnie sprawujących władzę nad władzą języka, której podporządkowane jest nasze mówienie… Jedyne, co można wynieść z tego bełkotliwego wywodu to, że to PRAKTYKA komunikacyjna nas tyranizuje, a nie mówiące podmioty. To ONA zmusza nas do zajęcia postaw wobec płciowości. I już wszystko jasne. My jesteśmy niewinni - winni są oni. W tym wypadku praktyka, czyli kulturowa konwencja, która determinuje nas tak jak natura. No i oczywiście władza, bo przecież za komuny mężczyźni i kobiety cierpieli tak samo od opresji języka onych. Nierówne relacje płci zdają się naturalne i w ogóle nie warte dyskusji. Więc to chyba dlatego relacja władzy w relacji płci jest tak naturalna, że aż niewidzialna dla obu teoretyzujących? Od Boga dana, naturalna i historycznie potwierdzona… Dlatego z ich punktu widzenia to tylko władza polityczna jest konstruowana. Namaszczony i autorytet namaszczający wskazującym palcem wskazuje feministkom ich naturalne miejsce w “historycznej” hierarchii stworzenia. Siara? Nie! Kupujemy to? Autorytet kupił i namaścił cytatą.

Potem kolejny fajerwerk w części teoretycznej artykułu, takoż spod pióra namaszczonego, który przeniknął feministyczną lingwistykę. Autorytet cytuje za namaszczonym:

[n]ormatywność męskich stylów komunikowania się ma oparcie w historii […] jest to pewnego rodzaju [!] spadek po retoryce, która w czasach swojej największej świetności zdominowana była przez mężczyzn i przez męskie style mówienia. To przecież mężczyźni byli przez lata powszechnie podziwianymi mówcami, ich styl kształtował kanony i konwencje […] Sama możliwość publicznego mówienia przez lata była przywilejem wyłącznie męskim.

No to odkryliśmy Amerykę. Dżendery po polsku. Trzeba feministkom uświadomić, jak to było naprawdę… Z czego wynika ta sposób zarysowania argumentu? Problem nie tyle w obiektywność generalizacji rodem z "metodologii zdrowegorozsądku”, ale z kompletnego niezrozumienia, CO znajduje się w centrum problematki feministycznej krytyki języka. A żeby się o tym dowiedzieć, żeby nawiązać polemikę - trzeba czytać. Ta wiedza naprawdę nie jest szkodliwa. Nic od tego nie uschnie…

A więc niedouczony uczony średniego szczebla strzela historiozoficzną epikę, a wyrafinowany i światły autorytet podchwytuje i namaszcza. A jakież przy tym samozadowolenie…

I ostatni fragment, tym razem z części teoretycznej wybitnego autorytetu:

Po prostu: kobiety nie wygłaszały przemówień, chyba także gdy przyszło grać im - niezmiernie zresztą rzadko - męskie role społeczne, choćby wtedy, gdy zasiadały na tronie […]; przyznam, że nie słyszałem o wielkich mowach Kleopatry, Izabeli Katolickiej czu angielskiej Elżbiety I (wiadomo, że przemówienia Elżbiety II wygłaszane co roku w brytyjskim parlamencie pisze premier, a pani Thatcher była nim tylko przez 12 lat); nie ma niczego takiego również w polskiej tradycji, i to chyba nie tylko dlatego, że zabrakło rodzimych odpowiedników tych władczych kobiet.

To nie jest konfabulacja. To “Pamiętnik Literacki” sprzed kilku lat...

Męską rolą społeczną jest władanie, a kobiecą - bycie podwładną… Ojezu. Chwalmy się dyletanctwem, boć to żaden wstyd. Być może gdyby zacny profesor, autorytet moralny, przeczytał choć jedną z książek Deborah Tannen, to dowiedziałby się o mowach Elżbiety I, o pismach uczonych zakonnic, o nowożytnych kazaniach wygłaszanych przez wędrowne kaznodziejki w Anglii czy Stanach Zjednoczonych, w końcu o przemówieniach reformatorek feministycznych takich jak Elizabeth Cady Stanton z Seneca Falls Convention do czasów współczesnych, o wspaniałym przemówieniu Sojourner Truth Ain’t I A Woman (1851), o mowach Gabireli Mistral i wielu, wielu innych. Bo o Emmie Goldman, Rozie Luksemburg i Clarze Zetkin zdołał już zupełnie zapomnieć... No tak, to nie były kobiety tylko "oni". Są całe wybory pism kobiecych. Całe tomy o retoryce kobiet. Wystarczy wbić w googla. Jeśli ma się na tyle intelektualnej uczciwości.

Zresztą nie o historię tu chodzi, ale o manipulację w budowie argumentacji. O metody dyskredytacji teorii, badaczy i badań, które nam nie leżą. Dyskredytacji dyletanctwem. O to, że nawet naszym najmądrzejszym wydaje się, że z symbolicznym placem w … nosie mogą się rozprawić krytycznie z dorobkiem lekceważonego prądu metodologicznego, po to, żeby powiedzieć “coś o kobietach ale po swojemu, obiektywnie”. No i wychodzi po swojemu… Wstyd tylko, że na takim poziomie…

czwartek, 07 lutego 2008, ala_k_b

Polecane wpisy

  • zakłamywanie historii

    Tomasz Lis - taki dziennikarz - napisał felieton na temat kolejnej rocznicy stanu wojennego a w nim: "To jest dobry dzień, by podziękować za wolną Polskę. To je

  • Nie mam pomysłu na tytuł

    "Gazeta" zamieściła w sobotę obszerny artykuł będący chyba (chyba - bo to nie było napisane) głosem w dyskusji na temat całkowitego zakazu aborcji. Trzeba sobie

  • artmix o lękach i nie tylko

    Gorąco zachęcam do czytania nowego - 16 - numeru artmixa - tym razem jest to w całości numer feministyczny, a tematem są lęki, obsesje, psychofizyczne przypadł

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/02/11 10:57:57
Faktem jest, że kobiety miały przez wieki ograniczony dostęp do sfery publicznej - ale czy z tego wynika, że tak być powinno?? To co jest, jest dobre? Zabawne.
-
2008/02/11 13:53:16
Kto to napisal? Czy grzeczne dziewczynki nie pokazuja palcem tych, którzy zachodza im za skórę? Dlaczego krytykowac nabzdyczonego dyletanta w sposob dyskretny i oszczędzać go?
-
2008/02/11 20:55:18
Kobietowkryzysie - otóż właśnie problem w tym, cóż to była ta sfera publiczna? Podział na sferę publiczną / prywatną nie jest uniwersalny, raz dany i niezmienny, ale bardzo historycznie specyficzny. Na takich generalizacjach przejechać się można nieletko. I takie stwierdzenie "faktu historycznego", który faktem wcale nie jest, bo sfera publiczna jest koncepcją polityczną i jeszcze napisanie, że "no tak niestety było i trudno", bez wytłumaczenia dlaczego tak było, to kolejne figury intelektualnym menuecie, pt. jak powiedzieć coś, ale bez nazywania tego.

Neptunico - otóż widzisz, gdybym napisała recenzję oficjalnie, pod swoim nazwiskiem, to bym wytknęła palcem. Ale to jest tekst na blogu. W Polsce recenzji z artykułów w czasopismach naukowych się nie pisze - artykuły w czasopismach naukowych recenzuje redakcja. Poprzestanę więc w tej chwili na takim drobiazgu, ale zbieram te różne przykłady z nadzieją, że gdy przyjdzie wolny czas napiszę na ten temat coś większego. Bo chyba warto.

Serdecznie,
-
2008/02/11 21:21:57
A co sadzisz o czyms takim, jak tekst Aleksandra Halla (bodajze) w sobotniej Wyborczej na temat najnowszej ksiazki Michnika? Lekko zdebialam kiedy to zobaczylam.
-
2008/02/11 23:52:40
Nie znam tego, ale bardzo poprosze o link. :)
-
2008/02/13 10:39:55
alu-bardzo dobre!
Ale dlaczego się nie recenzuje tekstów czasopismach naukowych?!Czy to nie dobre miejsce na dyskusję? Jak bez wymiany myśli można sobie wyobrażać naukę?
I przeraziło mnie:" (bo problemów u nas raczej się nie bada, ale opisuje tematy)".to wygląda na tkwienie w jakimś bagienku.

To nie są krytyczne uwagi do Twojego tekstu(jest bardzo ciekawy),tylko do stanu polskiej nauki.
Zastrzegam się,bo ostatnio bywam źle rozumiana.Czyżbym utraciła zdolność precyzyjnego wyrażania myśli...?
-
2008/02/14 08:40:01
Ponoć polska nauka tkwi w bagienku - oportunizm, towarzystwo wzajemnej adoracji itp.
-
2008/02/14 19:51:10
Kasjo, ależ recenzuje się w czasopismach, tyle że artykułów wybitności już nie trzeba recenzować, bo nazwisko gwarantuje jakość. Jak widać.

Kobieto w kryzysie - no ale przynajmniej nadganiamy unijne statystyki w ilości studentów, magisteriów, doktoratów na pogłowie obywateli.

z lekką goryczą,
-
2016/03/09 15:22:20
No niestety żeby o tym mówić trzeba w ogóle wiedzieć na czym to polega nie sztuka powiedzieć jeśli nie wiemy o co chodzi, autorytety językowych w Polsce portal Preply www.angielski.slowka.pl/artykuly,9-najpopularniejszych-autorytetow-jezykowych-w-polsce,m,2536.html