feministyczno-genderowo-queerowa mozaika myślowa


Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Blog > Komentarze do wpisu
Orzeszkowa w przemyśleniach, czyli rozważania menstruacyjne

Wchodząc na drogę życia mężczyzna bada swoje skłonności, zdolności, warunki społeczeństwa, w jakim żyje, stosownie do własnej natury i zewnętrznych okoliczności, co go otaczają, wybiera sobie cel istnienia; pracuje naprzód dlatego, aby w przyszłości najlepiej pracować umiał, następnie wchodzi w życie znając zapory, jakie leżą w nim i w koło niego; walczy z nimi; wiedząc, jak walczyć trzeba, aby zwyciężyć, i o ile nie staną mu na przeszkodzie nie mogące być z góry przewidzianymi i obrachowanymi zapory, dochodzi do wytkniętego przez się celu. Takie właśnie i jedynie takie życie mężczyzny nazywa się życiem logicznym, prowadzącym do pewnych pożytecznych wyników i jego jako jednostkę, i społeczność, w której żyje.

Zobaczmy, o ile takie pojęcie życia służy istnieniom kobiety.

(Eliza Orzeszkowa: Kilka słów o kobietach)

Dziś, gdy siedziałam na fotelu dentystycznym, to mnie olśniło, gdy moja dentystka zwróciła się do mnie per: Orzeszkowa. Tak jestem tam nazywana, ze względu na moje buty zimowe, które wzbudziły dziki rechot pani stomatolog, bo były zdecydowanie dziewiętnastowieczne. Ale właśnie, gdyby tak zacząć najprościej z tym feminizmem. Przypomnieć Orzeszkową i jej artykuł. Bo ja się przyznam, że ostatnio czytany przeze mnie tekst Kingi Dunin (http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34591,3357975.html) trochę mnie rozczarował. Dlatego wracam do Orzeszkowej. Do pracy u podstaw, do samych początków.

Bo Dunin pisze mądrze i ciekawie, ale w swoim dyskursie jest poza tym, co wedle mnie w Polsce nie zostało nigdy zrobione. Dlaczego dużo ludzi tak bardzo boi się słowa „feminizm” a wiele kobiet zarzeka się, że z tym nurtem myślowym nie ma nic wspólnego i zdecydowanie mieć nie chce? Dlaczego mój wykształcony kolega zadał mi pytanie, czy nie uważam feminizmu za swoisty faszyzm? Dlaczego pokutuje stereotyp feministki, „niedoruchanej starej panny” lub takiej (w wersji soft), której „trzeba chłopa”?

Dunin pisze, że „feminizm potraktowany jako krytyczna filozofia kultury staje się naprawdę interesujący.” Ja się z tym zgadzam i dodam, że krytyka feministyczna, bywa także inspirującym narzędziem literaturoznawczym, ale... Najpierw trzeba zbudować schody lub przynieść drabinę, a dopiero potem wychodzić na szczyt budynku. Zanim zacznie się analizować Homera czy choćby Pamiętnik Czarnego Noska, trzeba znać alfabet. A w Polsce z podstawową wiedzą społeczeństwa na temat feminizmu jest krucho, bardzo krucho.

Zdaję sobie sprawę z tego, że zawsze może się znaleźć ktoś, kto nie będzie chciał zrozumieć. Nawet tego alfabetu, bo nie chce i już. I zawsze powie, nawet gdyby siedział obok Susan Sontag, że i tak osiągnięcia kobiet są gorsze aniżeli mężczyzn. Jednakże, jak wiemy, jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Próbować trzeba i warto, a jak się nie uda to zacząć raz jeszcze.

Mało zapewne w wieku, w którym żyjemy, znajduje się ludzi, co by w teorii zaprzeczali temu, że kobieta równym mężczyźnie jest człowiekiem. Tyle wreszcie i tak długo pisano i mówiono o tej elementarnej prawdzie, której jednak ludziom tak trudno się nauczyć, że dziś, gdyby ktokolwiek i powątpiewał o niej, skryłby w sobie to powątpiewanie nie chcąc narazić się na nazwę zacofanego człowieka. Ogólnie więc, z przekonaniem lub z pozorem przekonania, powtarzają wszyscy, że kobieta równym jest mężczyźnie człowiekiem. Pojęcie to jednak istnieje tylko w teorii, a w zastosowaniu kobieta zawsze zostaje istotą ludzką wprawdzie, ale niepełnoletnią, naturą swoją więcej zbliżona do kwiata, lalki, anioła niż do człowieka.

Kobieta puchem marnym i wietrzną istotą, czy jest człowiekiem? Czy to, że posiadam macicę oraz jajniki, czyni mnie gorszą? Ostatnio czytałam zabawny tekst mówiący o tym, co by było, gdyby to mężczyźni mieli menstruację. I w tym absurdalnym dowcipie znalazłam coś, co chyba paradoksalnie wiele o nas mówi:

Wojskowi, prawicowi politycy i fundamentaliści religijni powoływaliby się na menstruację (men-struację), aby udowodnić, że tylko mężczyźni mogą służyć w armii ("trzeba oddawać krew za krew"), zajmować się polityką ("czyż kobiety potrafią być agresywne nie doświadczając mocy cyklu rządzonego przez planetę Mars?"), być księżmi i pastorami ("jak kobieta może oddawać krew za nasze grzechy?") czy też rabinami ("bez comiesięcznego oczyszczenia, kobiety pozostają nieczyste").

Połowa świata ma menstruację. I jakaś część z tej połowy cierpi na PMS. Znam przynajmniej paru mężczyzn, którzy mając katar nie wychodzą z domu, bo cierpią. A połowa świata chodzi latami (co jakiś czas) ze skurczami mięśni, z ociężałym brzuchem, z poczuciem dyskomfortu i jeszcze może usłyszeć, że „myśli macicą” i że PMS to taka choroba wściekłych krów u bab. Bo już na starcie są gorsze – selekcja negatywna. Nosisz podpaskę albo tampon, to oznacza, że coś z tobą nie tak. Freud pisze, że kobiety same czują się gorsze, jako niepełne i żyjące w ciągłej frustracji – zazdrości o penisa. A może tak odwrócić sytuację? A tak w ogóle, po co odwracać? Wystarczy przyjąć, że połowa świata ma comiesięczne krwawienia, a druga połowa nie. I nic z tego nie wynika, poza tym, że ta połowa, co miesiączkuje sygnalizuje w ten sposób swoje możliwości fizjologiczne – posiadanie potomstwa, a nie opowiadać głupich dowcipów, że nie wierzy się zwierzęciu (właśnie – zwierzęciu), które krwawi kilka dni i nie zdycha. Nie używać języka ezopowego, w stylu „trudnych dni”, „niedyspozycji” czy enigmatycznego stwierdzenia „ona źle się czuje”. Wrażliwe ciało, opuchnięte piersi, ślad krwi – traktowane są jak choroba, nieprzyjemna przypadłość. U chasydów kobieta po menstruacji musi iść do mykwy, obmyć się dokładnie i zostać sprawdzona przez inna kobietę, czy już zasługuje do położenia się w pościeli obok męża – by nigdy nie wnieść w małżeńskie łoże nieczystości krwi. I znów wyśmiana, bo dlaczego chasydki mają tyle dzieci? Bo nie lubią chodzić do mykwy, po każdym okresie. Jasne – brudaski i tyle. Dlaczego wyśmiewamy to, co naturalne, zamiast dostrzegać w tym cyklicznym wydarzeniu apoteozę kobiecości?

Jestem kobietą i mam menstruację. Koniec. Tak samo, jak ty jesteś facetem i golisz zarost na policzkach, albo go z dumą prezentujesz. Nie jestem aniołem, kwiatem, lalką – jestem kobietą, mam prawo do własnego ciała. I jeśli ktoś teraz powie, że nie mówi się o defekowaniu, czy rodzajach flegmy wydalanej z płuc – to odrzeknę, że to jest jednak cokolwiek innego.

Gdy napisałam doktorat, mój szef powiedział, że nie zostanę zatrudniona, ponieważ kobiety nie są dobrymi naukowcami przez hormony i takie tam. Zastanawiało mnie zarówno to pierwsze, jak i to drugie. Bo wcześniej chodziłam do klasy o profilu biologiczno-chemicznym, pisałam maturę z biologii i nie przypominam sobie tematu lekcji, który by brzmiał: „Hormony to takie coś, co maja kobiety i w wyniku tego są jakieś inne”. A co do „takich tam”, co mówił mój szef, to do dziś nie wiem, co dokładnie miał na myśli. Ale myślę, że mogło chodzić właśnie o konsekwencję owulacji, bo jak tylko powiem, że nie mam czasu, na robienie zestawień lub spisu publikacji kolegów z zakładu od lat słyszę dokładnie ten sam tekst:

- Chyba koleżanka ma dziś okres, bo jakaś nie w sosie chodzi...

Jestem człowiekiem i nie jestem jednocześnie, bo zdarza się, że moje postępowanie bywa interpretowane jedynie i natrętnie przez pryzmat fizjologii ssaka – samicy. Jakbym nie miała mózgu, tylko tą macicę, krwawiącą ranę i była zredukowana tylko do niej.

Moja krew. Krew i nabłonek połowy świata. Wyśmiane w dowcipach o seksie „na Indianina”. Zwulgaryzowane i zlekceważone. Wszyscy, dzięki tej krwi przyszliśmy na świat. A teraz nawet nie wolno reklamować podpasek w trakcie wizyty papieskiej. Bo to jest wstydliwe, a poza tym papież nie ma menstruacji. Ale Maryja – matka Jezusa ją miała. Tak samo, jak ja.

Może właśnie tu zaczyna się feminizm. Może właśnie tu zauważyć należy lekceważenie i bunt. Kobieta jest nosicielką grzechu pierworodnego, który przekazuje przez narodziny potomstwa, pod jej piękną skórą kryją się nieczystości. Wystarczy poczytać średniowiecznych kaznodziejów. Mężczyźni przelewali krew honorowo, na polach bitew, a kobiety wstydliwie – w zaciszu domu, co miesiąc. Ktoś powie, że to nie to samo. Odpowiem, a czułaś/czułeś kiedyś, jakby ktoś wbijał ci dwie końskie igły w jajniki? Przez cały dzień? A w tym czasie trzeba było na przykład napisać klasówkę z matematyki i odpowiedzieć przy tablicy z geografii?

Ja tylko chcę wiedzieć, że nie dlatego jest wspaniale, iż jestem kobietą, bo noszę szpilki, maluję paznokcie, noszę seksowny koronkowy staniczek i pończochy. Ja chcę też wiedzieć, że wspaniale jest być kobietą, dlatego że kupuję w aptece tampony.

Bo tak naprawdę, to właśnie to jest sednem kobiecości. Moja krew, twoja krew, jej krew.

środa, 24 maja 2006, socjopatyczna_malkontentka

Polecane wpisy

  • L4 a sprawa polska

    w polskich mediach od kilku dni toczy się dyskusja na temat "lewych" zwolnień dla ciężarnych kobiet trafiłam na dość moim zdaniem rozbrajający artykuł, a zwłasz

  • Tożsamość Człowieka

    Kim jesteś? Jak odpowiadasz na to pytanie? Kasjerem, nauczycielką,szefową korporacji, matką? To kim jestes w swoich własnych oczach,rzutuje na to jak się zachow

  • stając się mamą

    tak, zaszłam w ciążę - planowaną, chcianą - to aspekt najbardziej osobisty, ogrom radości bo chciałam aspekt mniej osobisty to znajomi dalsi lub bliżsi, dla któ

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2006/05/25 01:54:11
malkontentko to chyba najlepszy z Twoich tekstow, ktore podczytuje.
Jeden komantarz do cyatatu: " I zawsze powie, nawet gdyby siedział obok Susan Sontag, że i tak osiągnięcia kobiet są gorsze aniżeli mężczyzn". Na swoim blogu ostatnio opisywalam swoj sen, w ktorym moja znajoma (teraz trzynastoletnia) dostala Nagrode Nobla za wynalezienie leku na cukrzyce. Oczywiscie znalazl sie komentarz, ze nawet jak na sen to jest niewyobrazalne, bo to niemozliwe, zeby kobieta dostala nagrode w takiej dziedzinie. I jeszcze stwierdzenie, ze jesli takie niedorzeczne sny miewam to zapewne jestem w ciazy!!!
-
2006/05/25 10:05:10
zarażona
jestem
płcią
w objawie
comiesięcznie
krwawię
-
2006/05/25 12:13:24
na zajęciach z krytyki feministycznej, na metodologii badań literackich, połowa studentek zaczynała od asekurującego "Nie jestem feministką, ale uważam, że...". Tu następowała często bardzo feministyczna w treści wypowiedź. Ważne było jednak by nikt nie pomyslał, że którąś z nich można zakwalifikowac do grona feministek. Jeśli to słowo odstrasza same kobiety, to dlaczego nie ma być tematem do żartów? Nie wiem do jakiego stopnia jest to spowodowane lękiem przed zdefiniowaniem, przypisaniem do grupy, kojarzącej sie z mniejszością, a tym samym z ekstremą.Mozna podzielać ich poglądy, nawet pójść na manifę, ale nigdy nie nazwać się feministką.

"Baba pewnie znowu ma okres" to częsty komentarz, jaki po adresem nauczycielek pada ze strony nastolatków obojga płci. To taki szkolny tekst. Bo ona wymaga.
-
Gość: pani_cogito, *.lomza.mm.pl
2006/05/25 12:38:12
a ja tam nie wstydze się okresu. I moi najbliźsi znajomi i mówię tu o facetach wiedzą o tym. I jak sie na nich dre i jestem zła jak osa zawsze usprawiedliwiam się okresem. Pare dni cierpienia ale jaka satysfakcja. Jesteś zdrową, prawidłowo rozwiniętą kobietą. Twoje jajniczki i cały układ pracuje odpowiednio.
-
2006/05/25 16:02:47
Masz rację Evito, tekst interesujący, oby Malkontenkta tylko takie pisała, a już najbardziej podoba mi się jego, że tak powiem, pęknięcie intelektualne (by już nie przywoływać osławionej "kobiecej logiki"). Bo oto menstruacja, na początku tekstu będąca czymś zgoła mało istotnym, na końcu okazuje się "sednem kobiecości", czymś z czego autorka chce być dumna. By nie być gołosłownym. Początek:
"Wystarczy przyjąć, że połowa świata ma comiesięczne krwawienia, a druga połowa nie. I nic z tego nie wynika, poza tym, że ta połowa co miesiączkuje sygnalizuje w ten sposób swoje możliwości fizjologiczne - posiadanie potomstwa (...). Jestem kobietą i mam menstruację. Koniec. Tak samo jak ty jesteś facetem i golisz zarost na policzkach, albo go z dumą prezentujesz"
a teraz -hops! -na koniec:
"Ja chcę (...)wiedzieć, że wspaniale jest być kobietą dlatego, że kupuję w aptece tampony. Bo tak naprawdę to właśnie jest sednem kobiecości"
Autorka zdaje się więc twierdzić, że "sednem kobiecości" jest coś, z czego nic nie wynika, jeśli nie liczyć sygnalizowania możliwości fizjologicznych, konkretnie: możliwości wydania na świat potomstwa. I z tego właśnie Malkontentka chce być dumna. Jej prawo, zwracam tylko uwagę, że nie tylko zredukowała kobiecość do spraw okołoreprodukcyjnych, ale też twierdzi, że są to sprawy w sumie mało ważne, ot tak ważne jak poranne golenie. Nie odniósłby wielkiego sukcesu ktoś, kto chciałby mnie przekonać, że "sednem męskości" jest poranne golenie czy też noszenie zarostu, a raczej, że jest tym sednem sygnalizowanie przy pomocy brody pewnych biologicznych potencjałów. Ale może Malkontence pójdzie lepiej z menstruacją. Warto odnotować, że najwyraźniej uważa, że nie tylko istnieje "kobiecość", ale też ma ona "sedno". Wydaje się to ostrym esencjalizmem. Pojawia się jednak pytanie: a co z kobietami po menopauzie, które "sedno" kobiecości już opuściło?
-
2006/05/25 16:42:36
Drogi tad, wyrzuciłam Cię ze swojego blogu za chamstwo, evita zrobiła to samo, ale jak widać - niewiele to zmieni. Po pierwsze wypraszam sobie ocenę moich tekstów robionych przez Ciebie tad i pobożne życzenia ("oby pisała tylko takie") - po prostu znajomość - nawet internetowa z kimś takim jak Ty - mocno mnie krępuje. Demagogiczne interpretacje, czepianie się słów, niechęć zrozumienia jedynie utwierdzają mnie w przekonaniu, że próbować warto. Bo "koń, jaki jest każdy widzi". Nie napisałam, że menstruacja jest nieistotna (mało istotna), zwróciłam tylko uwagę na jej biologiczne znaczenie, a dopiero potem zjęłam się tym zagadnieniem od innych stron. A co do kobiet, które menstruacji już nie mają - odpowiedź jest prosta - miały ją, tak samo jak małe dziewczynki ją będą miały. I zawsze, właśnie tacy jak tad, będą czuli się lepsi (wystarczy wczytać się w ton tadowej wypowiedzi) i będą mogli pisać zdania: "A może Malkontentce pójdzie lepiej z menstruacją" - gdzie moja osoba zostaje zredukowana to comiesięcznej przypadłości. O o takich właśnie jest ten tekst. Dziękuję Ci tad za ten komenatz, bo on właśnie jest jaskrawym dowodem, na specyficzne postrzeganie kobiet. Strasznie Ci dziękuję, bo swoim wpisem udowodniłeś wszystkie moje tezy.
-
2006/05/25 16:56:49
Nie wyrzuciłaś mnie - jeszcze - ze swojego blogu. Tylko mnie zabanowałaś - o ilę się nie mylę. To dobrze - nie chciałbym być wyrzucony. Podobnie - nie wyrzuciła mnie ze swojego blogu Evita. Życzenie komuś, by pisał tylko interesujące teksty nie wydaje mi się niczym nagannym. A nawet - przeciwnie. Obawiam się, że umieszczając jakiekolwiek teksty w internecie narażamy się na to, że ocenią je także i takie osoby, które - naszym zdaniem - oceniać ich nie powinny. Taki to już urok internetu, a poza tym - stąd nikt mnie jeszcze nie wyrzucił, więc dlaczego mam nie odnosić się do zamieszczanych tu tekstów. Napisałaś dosłownie, że z miesiączkowania "NIC NIE WYNIKA", poza sygnalizowaniem pewnych możliwości fizjologicznych i zestawiłaś to z porannym goleniem. A potem twierdziłaś, że jest to "sedno kobiecości". Takie są fakty. Czytelnikom tego blogu pozostawiam ocenę, czy to, co napisałem na temat Twojego tekstu jest "demagogiczne", czy nie jest. Moja wypowiedź "może Malkontence pójdzie lepiej z menstruacją" redukuje Cię do "comiesięcznej przypadłości", tylko jeśli uznamy, że Ty zredukowałaś mężczyz do porannego golenia (lub noszenia brody).
-
2006/05/25 18:21:10
Drogi tad, właśnie sprawdzałam pracę studenta z pierwszego roku. Była to analiza utworu poetyckiego. Na marginesie pracy napisałam: "Interpretacja jest umiejętnością i sztuką. Nadinterpretacja jest nadużyciem, niezrozumienie - nieuctwem. Wycinanie słów i łączenie ich, gdy pomija się linię rozwojową tekstu świadczy o braku szacunku wobec słowa".
Robisz dokładnie to samo.
Na końcu pracy widnieje ocena dostateczna. Demagogia, którą uprawiasz niezmiennie, jest przeze mnie oceniona jeszcze niżej. Nie mam czasu na uczenie Cię czytania, nawet za pośrednictwem tak demokratycznego medium, jakim jest internet. Jestem wysoko wykfalifikowanym pracownikiem i mnie za moje umiejętności trzeba płacić. Na razie wymiania zdań z Tobą jest za darmo. I właśnie mnie znudziła.
-
2006/05/25 18:37:53
Jednak natura nauczyciela zwyciężyła. Dlaczego tadowi wydaje się paradoksalne zestawienie dwóch akapitów? Bo nie zna sposobu tworzenia tekstu w ramach zakreślonych przez retorykę.
Aby przeczytać ze zrozumieniem dla tada publikuję podręczny zestaw najprostszych, wykorzystanych w tym tekście chytów retorycznych:
konrtargument
paralipsa, praeteritio
elipsa
gradacja
oraz elementy sustenatio
i rzecz jasna wiele innych, ale dzięki tym możliwe jest paradoksalne przedstawienie tego samego pojęcia na dwóch biegunowo różnych płaszczyznach.
-
2006/05/25 18:44:53
A nie sądzicie, że my przede wszystkim jesteśmy ludźmi, a dopiero potem mężczyznami lub kobietami? Wiem, język polski jest skrajnie seksistowski i "człowiek" jest w nim rodzaju męskiego, ale spróbujmy się wznieść ponadto. Kobiety menstruują pod każdą szerokością geograficzną, mężczyźni za to cierpią od uderzeń testosteronu, od których kurczą im się ponoć mózgi i wzrasta skłonność do agresji i ryzyka... Po co jednak robić z tego wszystkiego problem? Wewnątrz jesteśmy takimi samymi ludźmi, tak samo kochamy, cieszymy się, chcemy być doceniani (wciąż rodzaj męskoosobowy, ale wredna ta polszczyzna). I to właśnie o to, jak sądzę, chodzi i zawsze chodziło w feminizmie: by każdy był traktowany tak samo, bez względu na to, czy miesiączkuje, czy ejakuluje.

Oczywiście, zawsze jeszcze pozostaje język. Zwłaszcza jeśli, jak polszczyzna, narzuca skrajną asymetrię rodzajową, uprzywilejowując mężczyzn (choćby generycznością występującego w rodzaju męskim wyrazu "człowiek" lub rodzajem męskoosobowym w liczbie mnogiej)... Nie rozprawimy się z tym jednak w kółko przypominając seksistowskie kawałki z wieszczów narodowych, tylko np. naciskając na Radę Języka Polskiego czy media, kiedy będzie już wiadomo, jakie reformy trzeba by przeprowadzić, by język stał się mniej seksistowski...

Pozdrawiam,
lysakowski.blox.pl
-
2006/05/25 18:52:50
Jeszcze jedna, trochę przykra uwaga, niestety, jako uczeń prof. Bralczyka nie mogę się powstrzymać i zawsze się czepiam: poprawną formą zapisu jest "wykwalifikowanym". Zwłaszcza jeśli jest się wykwalifikowanym pracownikiem naukowym po doktoracie z filologii ;)
-
2006/05/25 19:06:19
Malkontentko - zasypałaś mnie wyszukanymi terminami, ale się jakoś wygrzebałem i nadal twierdzę, że nie mogę dostrzeć w Twoim tekście tego rodzaju rozwoju, o jakim piszesz, to znaczy takiego, który znosiłby dysonas między początkiem a końcem. Skoro już wzięłaś się za uczenie mnie, to wyjaśnij mi proszę bliżej tajemnice rozwoju (którego nie widzę)
-
2006/05/25 19:21:30
Malkontentko- tad nie moze zrozumiec. Coz, nie liczylam na to, ze zrozumie.
Tad-Wyszukanymi terminami? A mature masz?
-
2006/05/25 19:28:39
ps. Latwo sie teraz domyslic, ze tym, kto stwierdzil, ze kobiety nie moga dostac Nobla w takiej dziedzinie byl tad. I jeszcze i tej ciazy...
-
2006/05/25 19:32:42
przepraszam, za ten lapsus - oczywiście, że wykwalifikowany, coż mogę dodać jako uczennica prof Bajerowej - posypuję głowę popiołem, bowiem to, że ciągle robię literówki i błędy siedząc przy klawiaturze niczego nie tłumaczy

Tomku, feminizm właśnie dąży do tego by wykazać najpierw człowieczeństwo - a mój tekst akurat dotyczy menstruacji
-
2006/05/25 19:36:46
Evito - więc może Ty mi wytłumaczysz na czym polega ów rozwój?
-
2006/05/25 19:37:29
Tomek: "Kobiety menstruują pod każdą szerokością geograficzną, mężczyźni za to cierpią od uderzeń testosteronu, od których kurczą im się ponoć mózgi i wzrasta skłonność do agresji i ryzyka... Po co jednak robić z tego wszystkiego problem? Wewnątrz jesteśmy takimi samymi ludźmi, tak samo kochamy, cieszymy się, chcemy być doceniani (wciąż rodzaj męskoosobowy, ale wredna ta polszczyzna). I to właśnie o to, jak sądzę, chodzi i zawsze chodziło w feminizmie: by każdy był traktowany tak samo, bez względu na to, czy miesiączkuje, czy ejakuluje."

Poruszyles w tej swojej wypowiedzi jedno z najbardziej interesujacych (a zarazem 'gorących') zagadnien feminizmu. Owszem, jest tak, że istnieje feminizm (a raczej jeden z jego wielu nurtow) ktory twierdzi, ze najwazniejsza jest uniwersalnosc podmiotu jako czlowieka, a nie akcydens w postaci plci. Ten feminizm bedzie dazyl do podkreslania czlowieczenstwa oraz uniwersalnosci cech , ktore przez wiele lat byly przypisywane wg. płci (bedzie wskazywal na to, ze zarówno kobiety jak i meżczyzni sa emocjonalni jak i logiczni -- i że jest to pewne spektrum wewnątrz obu płci). Jest jednak inny nurt feminizmu, który zauważył, że taka uniwersalizacja (czyli mówienie właśnie, że wszyscy jesteśmy ludźmi a płeć jest nie ważna) po pierwsze gubi pewną specyfikę egzystencji człowieka, który jest w jakiś sposób płciowo skategoryzowany, a po drugie z reguły nie prowadzi do rozwiązania problemów dyskryminacji kobiet, ponieważ kobiety jako podmiot znikają, rozpływają się w uniwersaliźmie ogólnoludzkim. Pytasz "Po co robić z tego problem?" Dla mnie nie jest to robienie problemu, jest to rzucenie snopu światła na kwestie, która w naszej kulturze jest po pierwsze silnie stabuizowana, a po drugie jest -- jak napisała Malkontentka -- wiecznym obiektem do żartów i umniejszania zdolności umysłowych i samokontroli kobiet. Żyjąc w kulturze patriarchalnej i będąc mężczyzną nie jest się obiektem żartów z tego powodu, że testosteron uderza facetom do mózgu -- będąc kobietą w tej samej kulturze, żarty i komentarze na temat PMS i okresu słyszy się bardzo często. I dopóki żyjemy w takiej kulturze, nie wystarczy moim zdaniem "nie robić z płci i jej cech specyficznych problemu" -- bo często będzie to stawiało kobiety w sytuacji pozornej emancypacji: dopóki jesteś jak facet (nie robisz problemu ze swojej miesiączki, ciąży, karmienia dziecka piersia etc.) -- dopóki chowasz to, czego najczęściej zmienic nie mozesz -- to możesz dołączyć do gry, w którą grają chłopaki. Ale w momencie, gdy okaże się, że jesteś kobietą, która ma swoją fizjologię i biologię, i która nie ma ochoty dopasowywać się do standardów wyznaczonych przez i dla mężyczyzn bez zobowiązań i nie miesiączkujących. Tak więc, uniwersalizm tak, ale moim zdaniem jeszcze nie teraz, kiedy nie została odrobiona podstawowa praca domowa z feminizmu, czy też jak chciałaby Orzeszkowa, praca u podstaw.
-
2006/05/25 20:04:39
Gynergia, zgadzam się, że podstawowa praca domowa z feminizmu nie została u nas odrobiona, że ciągle to męskość wyznacza reguły (jako językoznawca zauważam to choćby właśnie na poziomie języka: pewnych rzeczy związanych z rodzajem po prostu nie jesteśmy w stanie po polsku powiedzieć; jako psycholog sam zaś łapię się na tym, że np. widząc nick na ekranie, odruchowo zaczynam myśleć o tym, że kryje się za nim facet:-/), zastanawiam się jednak, ile w tym winy samych kobiet, które, choć zachłystują się hasłami feministycznymi, wolą - gdy już osiągną pewien status - by mówiono do nich "pani profesor" lub "pani minister" zamiast "profesorko" lub "ministro". Rozumiem, że by się "wybić" kobiety te często musiały zacząć zachowywać się jak mężczyźni, dlaczego jednak już po odniesieniu sukcesu nie wracają one do kobiecości?

Głównym problemem feminizmu wydaje się właśnie to, że feministki są zdradzane. Zdradzane przez inne kobiety, które - choć podzielają ich punkt widzenia - wolą pójść na łatwiznę, by w przyszłości śmietankę z tego, co inne wywalczą. Ten sam problem dotyczy zresztą walki o prawa gejów i lesbijek, nie chcę tu jednak schodzić z tematu...

Tak czy owak, zgadzam się z tym, że wciąż tu potrzebna w Polsce praca od podstaw. Według mnie powinna się ona zacząć od zmiany języka, którym kobiety o sobie mówią. Czyli od tego, co najtrudniejsze.
-
2006/05/25 20:19:38
A mnie się ta teoria nie bardzo podoba, bo przypomina mi się rozmowa z Luce Irigaray, gdzie powiedziała ona, iż feminizm nie może tworzyć (nie powinien) własnego języka, bowiem wtedy stałby się opozycją. Gdyby wystarczyła zmiana języka, która stałaby u podstaw wyrugowania stereotypów... Język to historia zmian, to uzus, to zapożyczenia i wiele, wiele innych rzeczy. Są ciakwe próby tworzenia nowych słów, przypomina mi się historia opowiadana przez Grzymałę-Siedleckiego, który mówił, jak bardzo Sienkiewicz nie znosił słowa plaża i mówił, że jest ładniejsze, kaszubskie "płaskoć" i to się nie przyjęło a słowo "listonosz" owszem.
Czy narzucenie żeńskich końcówek, ot tak apriorycznie, a nie w szerszym kontekście i procesie "dziania się" ma sens? Co mi z tego, że będę ministrą, jak i tak gdy kogoś ofuknę usłyszę za plecami: ale się wścieka, pewnie ma okres.
Język, to jeden z elementów zmian w procesie, który powinien współbrzmieć z innymi. Poza tym nazwy zawódów są różne w różnych krajach. W Polsce jeszcze raczej profesor (nieczęsto profesorka) a we Włoszech jest końcówka żeńska. Język polski ma swoją specyfkę i historię - pozwólmy mu rozwijać się naturalnie. Pmiętam też jak Komisja wprowadziła zapis "puenta", który dla mnie wygląda paskudnie. Potem (proszę mnie poprawić jeśli się mylę) Komisja zdecydowała, że można pisać "pointa" i "puenta". Czyli nie każda zmiana zadekretowana przez Komisję, przyjmuje się.
Sfera językowa to przyszłość, a nie zdradzanie przez kobiety ich własnej płci.
Co ciekawe, kobieta zajmujące się boksem byłyby bokserkami - czymś zblizonym do męskiej bielizny. Gdyby to wszystko było proste...
-
2006/05/25 21:51:28
Proszę wybaczyć, ale nie jest prawdą jakoby miesiączkowanie było czymś - ot tak sobie - obojętnym dla intelektualnej sprawności kobiet. Wahałbym się poważnie, czy powierzyć odpowiedzialne stanowisko istocie, która cyklicznie doświadcza takich fenomenów jak - cytuję za autorką -
skurcze mięśni, ociężały brzuch, poczucie dyskomfortu, wrażliwe ciało, opuchnięte piersi. Po prostu - w takim stanie jej zdolność do podejmowania przemyślanych decyzji może być ograniczona. Nie oszukujmy się.
-
2006/05/25 22:27:44
tad9, na tej samej zasadzie można twierdzić, że mężczyźni przed 80-tką nie powinni pełnić funkcji kierowniczych - bo testosteron blokuje im zdolność logicznego myślenia...

Malkontentko, język polski ma w ogóle ten problem, że najpopularniejsza końcówka wprowadzająca rodzaj żeński (-ka) jest zdrabniająca, spieszczająca. To kolejny wyraz seksizmu językowego.

Rozumiem, że to wtórne w stosunku do realnych problemów kobiet, takich jak mobbing czy przytyki w pracy, ale bynajmniej nie nieistotne. Język do pewnego stopnia jednak warunkuje nasz sposób postrzegania świata.

Fakt, może nie zawsze,
ale czasami...
-
2006/05/25 22:43:43
U Orwella problem był w zanikaniu słów, pamiętam taki fragment, jak Winstonowi na stołówce jakiś męzczyzna z innego działu mówił o wyrzucaniu słów ze słownika, ale co racja, to racja.
A co do postrzegania świata, to w końcu jest kognitywizm, pewnie dość Ci bliski - gdzie język może być interpretacją (nie znam za dobrze tej teorii)
-
2006/05/26 10:10:38
Hej :)
nie wiem, dlaczego u me.against.all coś nie umiałyśmy się zgodzić co do tych hormonów... bo jesteś "moim" głosem.
Dzięki za tego bloga - czytam od niedawna, bo niedawno znalazłam.
-
2006/05/26 21:13:12
...bo niedawno się pojawił :)

dzięki wielkie za tekst malkontentko
moim zdaniem to jest bardzo ważne, żeby odmitologizować język dotyczący menstruacji, żeby po pierwsze kobiety same nie spychały tego do sfery brudów i po drugie, żeby nauczyć facetów że to jest normalna sprawa i to że ktoś ma właśnie okres nie zmienia jej właściwości umysłowych
->pani_cogito: a nie uważasz że darcie się na kogoś i usprawiedliwianie tego okresem jest tylko potwierdzaniem stereotypu
ja jak daję upust swojej złości nigdy nie usprawiedliwiam tego okresem, bo złoszczę się nie dlatego że mam okres, jakbym złościła się dlatego że mam okres to bym darła się na podpaski ;)

ja kiedyś u siebie o tym pisałam - jeśli pozwalamy na usprawiedliwianie złego nastroju okresem to po pierwsze pozwalamy na to że inni nie traktują naszych uwag poważnie - bo skończy sie jej okres i bedzie "normalna" w tym momencie nigdy nie zostaniesz wzięta na poważnie
po drugie uczymy kobiety "niepoczytalności" bo jeśli mogę wyżyć się gadając co mi ślina na język a potem zrzucić to na okres i nikt nie będzie się czepiał bo to "normalne", to uczę się, że zawsze mogę gadać co mi ślina i to nie musi być przemyślane
-
2006/05/26 22:39:27
heh, przez chwilę się zastanawiałam, co by rzekł mój prof. na egzaminie mającym wkrótce nastąpić, jeśli przytoczyłabym mu tę tutaj Orzeszkową. może spróbuję...

ale!
czy powinno się mnie zlinczować, że reaguję alergicznie, gdy ktoś mówi o mnie "filolożka" bądź "socjolożka". zwłaszcza, że w definicjach słownikowych to nadal:
"filolożka- niepoprawnie, poprawnie: filolog"
"socjolożka- ŚRODOWISKOWE" (Markowski).
gdy ktoś o mnie mówi "socjolożka" to na 90 % kpi.

pozdrawiam z krakowa rozwytego syrenami pojazdów służb wszelkich :/
-
2006/05/27 06:17:54
Tad 9 ---mnie tam koledzy wolaja,gdy sobie nie radzą z pewnymi kwestiami w pracy i nie pytaja nigdy czy mam akurat okres,czy nie.
-
Gość: takete_maloume, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2006/09/23 23:40:02
Im bardziej będziecie forsować traktowanie menstruacji jako "apoteozy kobiecości", tym bardziej będzie ona wyśmiewana. To ten sam mechanizm psychospołeczny, który generuje dowcipy z cyklu "gdyby mężczyźni menstruowali", tylko że bez "gdyby".
-
Gość: takete_malouma, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2006/09/23 23:59:45
Sorry, muszę się jeszcze raz wtrącić.

Gynergia napisała:

"Żyjąc w kulturze patriarchalnej i będąc mężczyzną nie jest się obiektem żartów z tego powodu, że testosteron uderza facetom do mózgu -- będąc kobietą w tej samej kulturze, żarty i komentarze na temat PMS i okresu słyszy się bardzo często."


Ale przecież to jest _kompletna_nieprawda_! Kawałów o testosteronie jest _pełno_, topowa piosenkarka we wciąż granym hicie oskarża testosteron o wszelkie zło świata, a półki księgarskie _uginają_się_ od kobiecej satyry pełnej fizjologicznej antymęskiej złośliwości. TO jest motyw, który ma dziś przepustkę do głównego nurtu kultury, podczas gdy kawałów mizoginicznych w głównym nurcie już dziś NIE UŚWIADCZYSZ, co najwyżej w szemranych rozmowach facetów przy piwie!