feministyczno-genderowo-queerowa mozaika myślowa


Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Blog > Komentarze do wpisu
Znów fundamentalne pytanie, czyli kobieta w domu i w zagrodzie

GUSTAW

(z żalem)

O, nie! Nas Bóg urządził ku wspólnemu życiu:

Jednakowa nam gwiazda świeciła w powiciu;

Równi, choć różnych zdarzeń wykształceni ciekiem,

Postawą sobie blizcy, jednostajni wiekiem,

Ten sam powab we wszystkiem, toż samo niechcenie,

Też same w myślach składnie i w czuciach płomienie.

Gdy nas wszędzie tożsamość łączy niedościgła

(Adam Mickiewicz)

Czytam „Politykę” i na jednej z pierwszych stron znajduję Raport zaczynający się słowami: „Rządzący dziś politycy, powołując się na nauki Kościoła, najchętniej zagnaliby kobiety do domów. A jest tam ich już sześć milionów, 55% wszystkich dorosłych kobiet. Nie istnieją publicznie. Nie mają prawa do emerytur, choć całe życie pracują”.

Feminizm w kwestii kobiety w domu, wypowiada się tak, że jeśli kobieta sama, rozumowo podejmuje decyzję o pozostaniu w domu i pragnie się spełniać, jako gospodyni domowa, to jest to jej wolny wybór.

Teraz już malkontentka. Jeśli to jest jej wybór, to wszystko dobrze, a jeśli nie jest? Jedna z bohaterek artykułu najbardziej upokorzona czuła się, gdy poszła do banku i usłyszała, że może założyć konto, ale wyłącznie z mężem i na jego nazwisko, bo sama nie jest wiarygodna. A jej mąż rzekł na to, że jak chce mieć pieniądze, to mogła je sobie zarobić. Ona wychowała pięcioro dzieci, prowadziła dom, ogród, podejmowała prace dorywcze i pomagała mężowi. Dziś on nie chce jej dać nic.

Ktoś powie, że to patologia. I pewnie się zgodzę. Bo przecież nie w każdym domu tak jest, by partnerzy w związku tak się zachowywali, ale jedynie 4% Polaków „bardziej poważa panią domu, niż kobietę pracującą poza nim” (wszystkie cytaty Polityka, nr 16/2006 – Raport, Martyna Bunda). Zestawmy to z liczbą sześciu milionów kobiet pozostających w domu, na utrzymaniu innych. Tylko niewielki procent ich partnerów szanuje ich pracę. Ale z tego można wnosić, że prace domowe, nie należą do tych, które społeczeństwo ceni. 4% dostrzega ich wagę. A reszta? Ma te kobiety za służące? Garkotłuki? Za kogo?

Kim jest ta kobieta, z którą kładą się do łóżka wieczorem. Jeśli nie szanują jej pracy, to co w niej szanują? Gdy pracę traci, bądź nie może zdobyć mężczyzna, to zaraz wielkie aj waj. Bo to go frustruje. A kobiet nie? Nie przeżywają frustracji, gdy wracający do domu partnerzy pytają: czym ty jesteś zmęczona, skoro siedzisz w domu i nic nie robisz? Bo skoro cztery procent szanuje, to znaczy, że reszta uważa to za naturalne.

Jednocześnie nie spełnia się prawicowe marzenie o kobietach w domu, które wychowują dzieci, bo wskaźnik dzietności ciągle niski. Zastanawiają mnie zestawienia liczbowe i przerażają. Bo one mówią o czymś bardzo niepokojącym. Rozumiem, że kobieta, która chce urodzić dzieci pozostaje w domu, ale nie rodzimy dzieci i nie pracujemy?

Prowadzimy dom, chociaż zdajemy sobie sprawę, że nie daje nam to prestiżu, nie tyko społecznego, ale nawet w oczach małżonka? Rozumiem, że te statystyki, to także te kobiety, które nie mogą zdobyć pracy z powodu wysokiego bezrobocia. Ale 55% dorosłych kobiet siedzi w domu. Houston, mamy problem, ja nadal nie rozumiem.

Dlaczego siedzą w domu?

Pamiętam moją babcię, która zawsze powtarzała: Kobieta powinna mieć zawód. I powinna pracować. Bo te, które siedzą w domu i opiekują się małymi dziećmi, to jest ok. Ale, jak dzieci pójdą do szkoły, matki powinny pracować. Mieć swoje pieniądze, bo różnie się w życiu dzieje. Ale ja się akurat wychowałam słysząc słowa mojej babci. W związku z czym wybieram model aktywny.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że moja babcia nie musiała mieć racji. Wybieram dom, jestem opiekuńcza i chcę, jak kobiety przez stulecia poruszać się jedynie w przestrzeni domowej. Nie wszyscy muszą chcieć tego samego. To naturalne. Ale te 55% nadal mnie niepokoi, bo powtórzmy:

- część nie może zdobyć pracy

- cześć wychowuje dzieci

- cześć chce być w domu

Tylko, ja mam jedno pytanie. Czy one chcą być gospodyniami domowymi, czy uważają, że tak jest dobrze i tak być powinno? W „Polityce” zacytowana jest praca profesora Domańskiego, w której mówi on: „uniwersalny charakter nierówności płci jest częścią naturalnego porządku. Czego nie powinno się zmieniać na siłę, ponieważ jeśli coś jest tak trwałe, to stanowi warunek naszego istnienia”. Gdybym nie była damą, to teraz zaczęłabym bluzgać. Bo to przez takich, jak szanowny pan profesor, kobiety uważają, że muszą, że powinny, że mają obowiązek. A nie, że mogą, że chcą. I kolejne pokolenia dziewczynek wychowywane są w przekonaniu, że jak nierówno, to sprawiedliwie.

I dlatego mam niejasne wrażenie, że część kobiet wcale nie chce siedzieć w domu, a robi to z poczucia obowiązku zaszczepianego im od urodzenia, bo tak jest naturalnie. Bo tak uważają Domańskopodoni. I koniec.

W domu, w którym się wychowałam panował model partnerski. Rodzice pracowali i wykonywali czynności domowe, w których pomagały im dzieci. I każda praca była ceniona tak samo. Od liceum imałam się różnych prac dorywczych. W nocy, raz na sześć tygodni, łapałam kury – niesamowicie ciężka praca, w półmroku i w oparach amoniaku. Następnego dnia musiałam iść do szkoły, bo zasada była prosta: dostajesz kieszonkowe, a jeśli chcesz mieć więcej, to zarabiasz sama, ale pod warunkiem, że zarabianie nie wchodzi w kolizję z nauką. Łapałam kury od 24.00 do 5.00 rano, wracałam i szłam do szkoły. Szanowano moją decyzję i moją pracę. Tak samo, jak szanowano kaczkę po pekińsku, którą robiłam w kuchni a naczynia mył tata. I do tego jestem przyzwyczajona.

Może to zabrzmi górnolotnie, ale to jest etos pracy. Praca jest obowiązkiem każdego i należy ją wykonywać najlepiej, jak się potrafi. Dokładać wszelkich starań, by efekt tej pracy był, jak najlepszy. Do życia człowiekowi są potrzebne pieniądze, by mógł zakupić konkretne dobra (np. jedzenie), ale też potrzebna jest praca, by to jedzenie przygotować. I ktoś to musi zrobić, samo się nie zrobi.

Z tego, co rozumiem, 96% Polaków ewentualnie szanuje moją pracę, jako wykładowcy akademickiego, ale nie szanuje mojego schabu, lasagne ze szpinakiem, tortilli chłopskiej, mycia podłogi, rąbania drewna i palenia w piecu.

Wiecie co? CHWWD (... wam w ...)! A niech wam będzie zimno, chodźcie brudni, w nieuprasowanych ciuchach, głodni – skoro nie szanujecie tego, to na to nie zasługujecie. Dostaną tylko ci, którzy potrafią to docenić. Bo kobiety mogą, ale wcale nie muszą. Obie płcie gatunku ludzkiego mają dwie rączki. I obie płcie mają mózgi. I czas zacząć używać jednego i drugiego.

Ja już wybrałam, to zwykłe-niezwykłe: MOGĘ.



http://socjopatycznamalkontentka.blox.pl/


czwartek, 27 kwietnia 2006, arvata

Polecane wpisy

  • polityka pro-rodzinna

    jedynym zagrożeniem dla Prawdziwej Polskiej Rodziny jest naturalnie nienaturalny związek partnerski nie będzie legalizacji związków partnerskich to nie będzie p

  • się dzieje

    hmm czy to już spisek? bo jak nie czytamy/słuchamy o wstrętnych ciężarnych które naciągają państwo na macierzyński to dowiadujemy się o "wózkowych" [polecam mąd

  • Komu wolno więcej?

    Od kilku dni cała Polska żyje sprawą Romana Polańskiego, zatrzymanego w Szwajcarii na mocy listu gończego wydanego przez Stany Zjednoczone. W całej dyskusji pub

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: Anzelm, 83.168.106.*
2006/05/16 16:46:13
calkowicie sie zgadzam
-
2007/02/10 18:15:18
malkontentko, wytłumaczenie tego fenomenu podałaś właściwie sama, opowiadając o łapaniu kur. czy, ktokolwiek Cię zatrudniał, sformalizował to w jakikolwiek sposób? dał do podpisania umowę, wypełnił PIT, odprowadził podatek itp.? Oczywiście nie. Zatrudnianie nieletnich bowiem (a może miałaś więcej niż osiemnaście lat?) to poważna sprawa, jeśli dobrze pamiętam, nieletni nie mogę np. pracować po godzinach, zresztą przepisy BHP na fermach są egzekwowane wyjątkowo rzadko. a rejestracja zatrudnienia osoby małoletniej łączy się ze stworzeniem ryzyka kontroli... ogromna większość kobiet, o których piszesz, pracuje, a jakże - ale na czarno: bez rejestracji, bez ubezpieczenia, bez gwarancji poszanowania ich praw pracowniczych, ale za to bez podatków i ZUSu i bez ryzyka kontroli PIP (pracują najczęściej chałupniczo, w drobnej produkcji - często tekstylnej, osiągając wydajność i ceny porównywalne z krajami Dalekiego Wschodu). Takiej pracy nie ujmują żadne statystyki, czasem tylko, nieśmiało, feministycznie zaangażowana studentka socjologii zrobi jakieś badania terenowe do pracy magisterskiej...
-
2007/02/10 18:17:08
od razu zastrzegam - nie wiem, nie znam statystyk na temat zgodności ferm z normami BHP, to moja własna impresja.